niedziela, października 14, 2007

Czy to tak było, czy nie było, czyli Fasolinki, Luwr i nocne Polaków rozmowy

Jak zapewne widać z poprzednich relacji zdjęciowych, nie wylewamy za kołnierz... W zasadzie nikt nie wylewa, a już szczególnie numer wewnętrzny 308 :)


Nie dość też powiedzieć, że przynajmniej wśród Polaków nic tak nie zbliża, jak wspólna konsumpcja w pokojach :)



Wiedzieliśmy o tym dużo wcześniej – ale dopiero impreza o temacie muzycznym Fasolki potwierdziła to w stu procentach. Dowiedzieliśmy się nawet, że są wśród nas byłe Fasolinki. Dwa dni później kolejna osoba przyznała się do kariery muzycznej (cztery lata w chórze...). Jednym słowem – haki na siebie mamy :)


Piątek zaczął się bardzo wcześnie (a przynajmniej dla mnie, bo niektórzy spali...), bo już o 6 40 (dodajmy, że poprzedni dzień się skończył o 2 50...; mamy wszyscy nadzieje, że Paulina doleciała do Polski...). Wykład – naprawdę cudny – z IP (czyli własność intelektualna) – i do domu. Odpoczęliśmy, na zakupy, obiad, i do Luwru na kolejne spotkanie ze sztuką...





Przez wielkie S. – aczkolwiek czasem dość kontrowersyjną


(dla niewtajemniczonych – ten obraz symbolizuje „stan błogosławiony”, a nie wstęp do dalszych igraszek:P).

Taka uwaga off – topic. Nawet jeśli zdjęcie niezbyt wam wyjdzie...


Zawsze są darmowe programy kochanego Google Inc. Oto, co z powyższym zdjęciem w ciągu minuty zdziałała darmowa Picassa.




Po rendez – vous ze sztuką, czas przyszedł na powrót. Jako, że Grant już czekał w lodówce – celem było szczęśliwe dotarcie do domu. W trakcie powrotu – rzecz niespotykana. Podążamy ulicą, korek (piątek wieczór, normalne...), aż tu nagle samochód – platforma (taki zwyczajny, z HDSem). Nagle dwóch gości w żółtych odblaskowych kamizelkach podkłada pasy pod samochód. Nawet nie zdążyliśmy wyjąć aparatu, a samochód (nad pasami) był na lawecie...





... a goście zabierali się za podczepienie kolejnego...



Osohozi? Goście mieli zbyt wiele mandatów... Podczepili, zabrali – i w ciągu mniej niż 10 minut 2 samochodów nie było na ulicy... Dwóch gości działało szybciej niż niejedna szajka samochodowa... Po 10 minutach mieli 2 samochody, które podążały w bliżej nieoznaczonym kierunku. Może kiedyś do Polski coś takiego zawita. Morał z tego oczywiści – szanuj prawo, albo płać... (dwóch obrotnych Panów na usługach Mairie de XVIIe Arrondisement de Paris zapewne stawki ma dotkliwe...)

Pod samym domem natomiast – cud motoryzacji...



Po powrocie – tzw. reunion, czyli mała impreza. Zapewne reszta mieszkańców naszego piętra nienawidzi nas już szczerze, ale miejmy nadzieję, że nie jest aż tak źle. No więc – oczywiście – znowu impreza na całego. Skończyliśmy o 2 30 (dość zmęczeni)..., zaczęliśmy o 22 30 – czyli „Nocne Polaków Rozmowy...).



U naszego PANa (w naszym PANie) mamy naprawdę bardzo dobry przekrój społeczeństwa polskiego po studiach. Kierunków multum, światopoglądów jeszcze więcej – jednym słowem – próbka (przynajmniej częściowo) reprezentatywna. Zaczęliśmy standardowo (czyli ni pies ni wydra, tudzież bardziej dosadne określenia), potem zeszło na gejów, związki, zdradę, miłość (i ślub), zaręczyny itp. Dowiedzieliśmy się ktoś jest bardzo zaborczy, kto pozwoliłby na obmacywanie swojej drugiej połowy w tańcu i wiele innych tajników wiedzy operacyjnej :) Dość dobrze omówiliśmy politykę, a na sam koniec obgadany został problem księży katolickich... Podsumowując – wszystko... Nawet jeśli nie wymieniono danego tematu – na pewno bardziej lub mniej bezpośrednio został on poruszony... Rozmowa była rzeczowa i merytoryczna...


... aczkolwiek i tak, trzeba było wypatrywać śledzącego nas układu...


Może i nie każdy to pamięta – ale aparat zapamiętał. Okazuje się, że na imprezie były nie tylko rozmowy, ale również tańce...


... rapowanie...


... i śpiewy..


Staraliśmy się wyglądać jak najbardziej naturalnie...




Na sam koniec – oczywiście temat muzyczny. Tym razem natchnieniem była kampania wyborcza. Kolejny raz okazało się, że Kazik Staszewski – nie dość, że błyskotliwy, to jeszcze na dodatek chyba staje się wieszczem narodu. Spójrzcie zresztą na tekst – albo posłuchajcie...

Buldog Kazik - V Rozbiór Polski

Sytuacja świata w roku 2008
Osiągnęła punkt krytyczny po kryzysie katyńskim
Przy dyskretnej aprobacie komunistów chińskich
Podpisano dokumenty porozumień berlińskich
Efekt rozmów był podpisany sympatycznym tuszem
Polskę dzielą między siebie Putin z Dablju Buszem
Przeczuwając, że zanosi się na 5 Rozbiór Polski
Przebudziły się jej dzieci - lud specjalnej troski

Czy to tak było, czy nie było, czy to tak było ?
Czy to tak było czy nie było, tylko się śniło ?
Czy to tak było czy nie było, jak to się stało ?
Czy to za dużo czy za mało ?

Czując, że gotuje się kolejny rozbiór Polski
Zgromadzili się Polacy - lud specjalnej troski
Bardziej tem, że Francja słowem Jacquesa Chiraca
Zapewniła, że nie będzie ginąć za miasta Kraka
Wobec takiej sytuacji Aleksander Kaczyński
Wyjątkowy stan wprowadził podejmując się misji
Na naradę w Ministerstwie jakim walczyć orężem
Przybył pan prezydent z żoną i pan premier z mężem
Co ciekawe - poparły ich wszystkie siły w kraju
Wobec zagrożenia stanąć umieli nawzajem

Czy to tak było, czy nie było, czy to tak było ?
Czy to tak było czy nie było, tylko się śniło ?
Czy to tak było czy nie było, jak to się stało ?
Czy to za dużo czy za mało ?

Zagrożenie zakończyło wszystkie waśnie, kłótnie, spory
Strach pokazał, że ten kraj nie jest tak bardzo chory
Wobec tego zagrożenia terytorium Polski
Podał rękę bratu prezydenta poseł Niesiołowski
Nad Bałtykiem niczem dawni bojownicy burscy

Pogodzili się ze sobą nawet bracia Kurscy
Oddziały samoobrony morskiej sformowali sprawnie
Nikt na świecie nie wie co mam w sercu na dnie
Bo myśli ten kto myśli, a nie myśli wtedy kto

To jednak to nie było, to nie było nie to
Tak jednak to nie było, co ty mówisz kobieto ?
To jednak tak nie było jak się wszystkim wydawało
Mało za mało, ale jeszcze trochę brakowało

Barykady oczekują na przybycie armii
Połączonych sił rosyjskich i amerykańskich
W ogniu bitwy o Mazowsze w prawosławnej cerkwi
Roman Giertych wziął za żonę wdowę po Kwaśniewskim

Najgroźniejsza sytuacja była sierpnia dnia 8
Gdy 3 armie się spotkały w okolicach Jatnego
Pod dowództwem komendanta Przemysława Gosiewskiego
Powstrzymano atak tam odwodu pancernego
Lecz niekiedy dzieje się też takie coś co boli
Colin Powell wziął ministra Dorna do niewoli
Kryzys został zażegnany przez rotmistrza Ziobro
Kontratakiem San Francisco wziął i Władywostok

Czy to tak było, czy nie było, czy to tak było ?
Czy to tak było czy nie było, tylko się śniło ?
Czy to tak było czy nie było, jak to się stało ?
Czy to za dużo czy za mało ?

Może to nadzieja zwykła była sprawiać cuda ?
Nikt nie wierzył, że atak na Moskwę może się udać
Ale ochotnicze hufce generała Leppera
Pokonały siły Rosji 4 do 0
Bramki bowiem na wyjeździe liczą się podwójnie
Chwały zatem nikt przy zdrowych zmysłach mu nie ujmie
Cała ta historia niesie morał i to całkiem spory
Świat zobaczył, że ten kraj nie jest tak bardzo chory

M.

sobota, października 13, 2007

Musee d'Orsay

Czas już najwyższy na relację z Musee d’Orsay (czyli zgodnie z sugestią Microsoft Worda – Muzeum Dorszy :P).


Ok., może i jest to jedno z najsłynniejszych europejskich/światowych muzeów – ale architekturą przypomina skrzyżowanie Dworca PKP we Wrocławiu i Dworca Głównego w Budapeszcie :P



Wielka hala, po bokach rzeźby i obrazy – ale skojarzenie z PKP wybitne... Co by zresztą nie mówić – nawet zegar był taki wybitnie dworcowy...


Pierwsze spostrzeżenie – czyli porównanie wrażeń z Luwru. Przede wszystkim – wszystkie postacie kobiece były przedstawione zdecydowanie bardziej realistyczne i zdecydowanie bardziej kobiece...





W trakcie zwiedzania spotkaliśmy też Misia i Misię... :P


... a potem Misia i Misia (czyli braci bliźniaków w pozytywnym tego słowa znaczenia :) )


Poza cudami natury, nie sposób było przejść obojętnie obok obrazów Pana bez Ucha...


... Moneta...


... sierotki Marysi i 5 aniołków...


... czy też pozującej modelki...


Uwieńczeniem wycieczki była wizyta na tarasie, skąd rozpościerała się panorama północnego Paryża ze zwieńczeniem w postaci Montmartre i Basilique Sacre Coeur.



I na sam koniec – stereotypy... Wszyscy wiedzą, że Francuzi (a szczególnie Paryżanie), to bardzo dumny naród. Jak widać – mnie to się również udzieliło :)


M.

wtorek, października 09, 2007

Nuit blanche

Nuit blanche – jak wskazuje nazwa – biała noc – czyli „À Paris, une manifestion annuelle. Elle permet au public de visiter différents lieux et d'assister à diverses manifestations culturelles pendant la nuit du premier samedi au premier dimanche d'octobre. (w wolnym tłumaczeniu – « w Paryżu, coroczne przedstawienie artystyczne. Pozwala publiczności na zwiedzenie różnych miejsc oraz na uczestnictwo w różnorakich wydarzeniach kulturalny podczas nocy przypadającej na pierwszą sobotę i niedzielę października).

Pomysłów na spędzenie nocy sobotnio niedzielnej było milion. Zgodnie z powiedzeniem, gdzie 2 Polaków, tam 3 różne zdania. Ostatecznie doszliśmy do jakiegoś kompromisu. Pierwszym celem miał być – uwaga !!! – mecz rugby. Przy czym nie byle jaki był to mecz, ale mecz Francja – Nowa Zelandia. Dalsze wybory miały zostać podejmowane na bieżąco...

1. Rugby
W mediach ogłoszony przedwczesnym finałem – i chyba (bo na tym to się niezbyt znam) rzeczywiście był. Pomimo sporej straty punktowej po pierwszej połowie, Les Bleus (niebiescy – czyli Francuzi) odrobili i przegonili (Les Kiwi – czyli Kiwi(ków):P). Mecz oglądaliśmy pod Hotel de Ville (ratusz – ochrzczony z angielska – Hotel Devil, podobnie jak Szamps Elajzys i Mulę Rołge...; ach Ci Amerykanie :P).


Francuscy kibice mecz oglądali wszędzie – na słupach i kioskach...


... w fontannach...


a nawet na światłach drogowych – byleby tylko widzieć telebim z Les Bleus. Po końcowym gwizdku euforia...


2. Kościół

W międzyczasie odwiedziliśmy pewien kościół (oczywiście nikt nie pamięta nazwy :P), w którym zaprezentowane zostały przedstawienia z cyklu „Son et Lumiere” („światło i dźwięk”). Wyglądało zachęcająco – ale na kolana (poza pojedynczymi obrazami) nie powaliło... Co zatem rzuciło nas na kolana? Ano Narodowa Orkiestra Joisticków...


3. Centre Pompidou

Po meczu – kierunek Centre Pompidou, czyli muzeum sztuki nowoczesnej. Po drodze zahaczyliśmy o sklep, w który nie sprzedawali alkoholu :(, komorę dekompresyjną, koleżankę Annę z Krakowa (to dłuższa historia :)) i kolegę Gabriela z ERASMUSa. Anyway – dotarliśmy :) Nie ma co – trafić trafiliśmy, ale zajęło to parę chwil ostrego myślenia...


...i bardzo intensywnej eksploatacji mapy...


Jako, że do Pompidou weszliśmy w podgrupach, to chwilę oczekiwania wykorzystałem z Gosią na wspólną fotkę...


Następnie – schodami na 4 piętro...


... gdzie można było znaleźć najprzeróżniejsze dziwa. M.in. były instalacje komputerowe oparte o system Microsoftu (choć mam wątpliwości, czy tak powszechne obrazki można nadal nazywać sztuką... :P)...


Oczywiście, nie potrafiliśmy zachować powagi nawet w miejscach, które by jej wymagały...

4. Motywy przewodnie

Przy okazji, za sprawą Adama, nuciliśmy sobie przechodząc od dzieła do dzieła refren piosenki z czasów dzieciństwa:

Bursztynek, bursztynek, znalazłam go na plaży
Słoneczna kropelka, kropelka złotych marzeń
Bursztynek, bursztynek, położę ci na dłoni
Gdy spojrzysz przez niego, mój uśmiech cię dogoni (© Fasolki:P)


Dla chętnych – oczywiście do posłuchania
Fasolki - Bursztynek

Nie myślcie sobie, że był to jedyny motyw przewodni naszego wieczoru. Pojawił się jeszcze jeden – który chyba nawet na dłużej zagości w repertuarze wycieczek turystyczno – krajoznawczych. Co prawda tekst może nie był aż tak bardzo twórczy i głęboki – ale na pewno potrafił porwać tłumy. Cóż to takiego? Ano Rihanna – i słynne...

„eh eh under my umbrella ella ella eh eh eh under my umbrella”



Eh, eh zostało zaczerpnięte ze Szkła Kontaktowego (TVN), gdzie to w bezlitosny sposób obnażono publicznie talenta wokalne Marszałka Sejmu...


5. Jardin de Tuilleries, czyli od Luwru po Concorde’a

Po Pompidou przyszedł czas na spacer po Jardin de Tuilleries. W międzyczasie odwiedziliśmy kościół (tu nazwę pamiętamy – św. Eustachy :P), sklep (albo na odwrót :P). Zaliczyliśmy parę grupowych... zdjęć (i tu słowa uznania do zdolności lingwistycznych Adama :D).
W Tuilleries wszystko płonęło.


Atmosfera (i zapach :P) na miarę cmentarza w Polsce 1 listopada.


Oczywiście wszędzie kibice śpiewający i trąbiący na cześć zwycięskich Les Bleus – w tym oczywiście także i w fontannie.


6. Co prawda nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, ale dopiero na zdjęciach...


... okazało się, jak bardzo co poniektórzy się zafrasowali w trakcie tego wieczoru. Bo jak można nazwać taki wyraz twarzy?




Wieczór skończył się późno – dalsza część niestety nie została uwieczniona na zdjęciach. Czas końca operacji – 7 20 w niedzielę. Po dwóch godzinach snu i paru całkowicie niezbędnych czynnościach przyszedł czas na Musee d’Orsay (choć wg mojego Worda właściwszą nazwą jest Muzeum Dorszy)...

poniedziałek, października 08, 2007

Powrót do Polski

Krótka informacja dla zainteresowanych. Ostateczna i niewzruszalna data powrotu do Polski to 14 lutego 2008r. Łódź, godzina 18 20.

M.

niedziela, października 07, 2007

Podarunki i spadki

Dziś rehabilitacja za parę dni ciszy. Parę naprawdę bardzo ciężkich dni... Bo najpierw był weekend, a potem był poniedziałek, po poniedziałku był wtorek, potem pamiętna środa. Gdy już był czwartek – miało być całkiem znośnie. Ale nie było... Po czwartku był piątek – i Montmartre/Sacre Coeur. Podsumowując cały ten tydzień, możnaby zacytować trzecią zwrotkę pewnej znanej piosenki. Dla przypomnienia:
„Wina...


... wina...


...wina wina dajcie... :P”


Nie to, żeby odchodziły jakieś straszne ekscesy – ale naprawdę do wina się już przyzwyczaiłem :)

W międzyczasie obchodziliśmy wyjazd Isi. Jak każdy wyjazd z emigracji, połączony był z podziałem łupów po wyjeżdżającym... Najpierw nastąpił podział w kuchni, potem główna bohaterka rozdawała:

od talerzyków zaczynając...


na płatkach bawełnianych kończąc :P


A wszyscy potencjalnie obdarowani tylko śledzili, co może im właśnie przypaść...


Dodam również, że w końcu dotarł mój długo – oczekiwany współlokator. Adam zadomowił się na dobre – co zresztą widać było na zdjęciach powyżej... Zresztą – odwiedziliśmy też niektóre paryskie zabytki – co zresztą widać poniżej.




Dodam do tego relację z piątkowego wieczoru – niestety nieuwiecznioną na zdjęciach :( (baterie odmówiły współpracy...). Poznaliśmy nowych znajomych, rozmawialiśmy w 4 językach (czasem w czterech naraz :P), odchodziły śpiewy („darcie mordy”, jak to koleżanka Anna S. kiedyś nazwała :)) polskich piosenek. Centrum Europy pod każdym względem...

M.