niedziela, października 07, 2007

Podarunki i spadki

Dziś rehabilitacja za parę dni ciszy. Parę naprawdę bardzo ciężkich dni... Bo najpierw był weekend, a potem był poniedziałek, po poniedziałku był wtorek, potem pamiętna środa. Gdy już był czwartek – miało być całkiem znośnie. Ale nie było... Po czwartku był piątek – i Montmartre/Sacre Coeur. Podsumowując cały ten tydzień, możnaby zacytować trzecią zwrotkę pewnej znanej piosenki. Dla przypomnienia:
„Wina...


... wina...


...wina wina dajcie... :P”


Nie to, żeby odchodziły jakieś straszne ekscesy – ale naprawdę do wina się już przyzwyczaiłem :)

W międzyczasie obchodziliśmy wyjazd Isi. Jak każdy wyjazd z emigracji, połączony był z podziałem łupów po wyjeżdżającym... Najpierw nastąpił podział w kuchni, potem główna bohaterka rozdawała:

od talerzyków zaczynając...


na płatkach bawełnianych kończąc :P


A wszyscy potencjalnie obdarowani tylko śledzili, co może im właśnie przypaść...


Dodam również, że w końcu dotarł mój długo – oczekiwany współlokator. Adam zadomowił się na dobre – co zresztą widać było na zdjęciach powyżej... Zresztą – odwiedziliśmy też niektóre paryskie zabytki – co zresztą widać poniżej.




Dodam do tego relację z piątkowego wieczoru – niestety nieuwiecznioną na zdjęciach :( (baterie odmówiły współpracy...). Poznaliśmy nowych znajomych, rozmawialiśmy w 4 językach (czasem w czterech naraz :P), odchodziły śpiewy („darcie mordy”, jak to koleżanka Anna S. kiedyś nazwała :)) polskich piosenek. Centrum Europy pod każdym względem...

M.

środa, października 03, 2007

Rozwinięty francuski socjal

Jest rzeczą powszechnie wiadomą, iż Francja to państwo socjalne. 35h tydzień pracy, pomoc społeczna dla biednych bardziej lub mniej, CAFy i inne badziewia. Sam stałem się już w chwili obecnej beneficjentem rozwiniętego francuskiego socjalu. I to jak – od razu z grubej rury. W 13 dniu pobytu dorobiłem się własnego telewizora!!!!


Co prawda mój telewizor nie miał anteny, niemniej – główka pracuje, a Polak potrafi. Rezultaty możecie zobaczyć w poniższym filmie.



Jak zapewne dostrzegacie - idealnym komentarzem do całej sytuacji była reakcja Witka :)
M.

wtorek, października 02, 2007

Impreza

Żeby nie było, że w tym Paryżu to jest tak wszystko pięknie ładnie. Owszem – na poprzednich zdjęciach była sielanka, ale bywają też i cięższe chwile. Konieczność wypełniania obowiązków towarzyskich to naprawdę ciężki kawałek chleba. Bo i wino trza wtedy pić choć kieliszków brak...


... a otwierając wino trzeba sobie podśpiewywać i zabawiać towarzystwo.


Tak tak – nie ma letko. Na szczęście – sądząc po minach poszczególnych kompanek i kompanów w osobach...
... Isi...



... Agaty...


... Pauliny...



... Krzyśka, Witka i Kaśki...


... chyba dobrze mi to wychodzi.
A na sam koniec coś dla koneserów – czyli chwila skupienia (ponoć odziedziczone po Tatusiu... :P)


M.

poniedziałek, października 01, 2007

Kraina bajek...

Na takiej wycieczce już dawno nie byłem. Oczywiście wiecie, że sztuka i ja to światy równoległe. Jedyne, co może na mnie wywrzeć wrażenie, to muzyka i architektura. Tym razem uległem czarowi świata zamków Doliny Loary.

Wycieczkę zawdzięczam Witkowi i koledze, który pożyczył samochód. Jakby na to nie patrzeć – 620 km w dwa dni nawet na hulajnodze ciężko byłoby zrobić :D

Zaczęliśmy od Miasta Dziewicy – czyli Orleanu. Mówiąc szczerze – to taka pipidówa trochę :P Anyway, dziewicę widzieliśmy...


... jakąś niewielką fontannę obfotografowaliśmy...


... katedrę widzieliśmy…


…więc można było ruszać w dalszą drogę.

Kolejnym celem był zamek w Chambord. Największy ze wszystkich zamków regionu...



... otoczony fosą oraz lasami...


... naprawdę zrobił niesamowite wrażenie...



Po Chambord był Cheverny. Ten chyba podobał mi się najmniej ze wszystkich odwiedzonych – no ale też miał swój urok. Dzień zakończyliśmy w Blois, które dzięki hotelowi Etap, przedstawieniu Son et Lumiere, wypitemu szampanowi i winu było naprawdę zasłużonym i wdzięcznym uwieńczeniem jakże długiej soboty.




Niedziela to pobudka wczesnym rankiem, pakujemy się – i do Amboise. Jak się później okazało – miejsca, w którym w niedzielę obiady serwują również po 15 :) Anyway – z daleka może i zamek nie wyglądał na jakieś arcydzieło. Jak się jednak okazało – to tylko pozory. Zresztą – spójrzcie. Idealnie przystrzyżona trawa...


... kule z żywopłotu i olbrzymie cedry...


... dolina Loary...


... jak w bajce.





Nie wiem jak Wam – ale mi to miejsce przypomina disneyowski zamek pięknej królewny... Co prawda królewny nie widzieliśmy – ale zamek naprawdę na długo pozostanie w pamięci.

Dalej – i dojeżdżamy do Chenonceau. Zamek zbudowany w poprzek rzeki...



... z pięknymi ogrodami...





i pokazowymi piwnicami z winem.




I tutaj pojawił się problem – bo byliśmy naprawdę głodni. Niby jasne, że w miejscowościach turystycznych w niedziele knajpy otwarte będą przez cały dzień. A tu zonk – o 15 wszystko powyzamykane. Tzn. otwarte - ale już nic nie serwują... Na szczęście w Amboise – poza bajecznym zamkiem i cudnymi samochodami...


... dawali jeść przez cały dzień.

W trakcie drogi powrotnej dość spontanicznie zawitaliśmy na chwilę do Vendome, gdzie odwiedziliśmy katedrę...


... i spotkaliśmy francuską orkiestrę grającą piosenki z polskiego wesela...

Podsumowując – wydałem mnóstwo pieniędzy, przeszedłem ze 20 km po zamkach i parkach różnej maści – ale naprawdę było warto.

Z ciekawostek:

Choćbym nie wiem jak chciał („z chętnością”) – robiąc zdjęcie z jadącego 60km/h samochodu nie zrobiłbym zdjęcia z latarnią pośrodku. A tu się udało „z muszenia”...


Na zamkach, poza wspaniałymi parkami, wielkimi królewskimi łożami z baldachimami lub bez oraz olbrzymimi porożami upolowanych jeleni widzieliśmy też przerażające elementy architektury i wystroju. Tu na przykład – zresztą, sami zgadnijcie...


To jest wylewka z rynny – jakby ktoś nie wiedział... :P


Czarnuch :P

Uczestnicy wycieczki: Kasia, Witek i ja :)


W Amboise

W Chambord
M.