a tak w ogóle – to już tylko 5h pozostało do rozpoczęcia kolejnego zjazdu Paryskiej lamandowni, czyli Reunion de CZernyTeam. Z każdym zjazdem powiększa się skład osobowy – więc za niedługo kolejne foty pojawią się na blogu :)
m.
piątek, września 26, 2008
Czy uczciwość popłaca?
Jak wiecie, ostatnio dość sporo zajmuję się pozycjonowaniem. Chcę dojść do jakiegoś rozsądnego poziomu umiejętności, które może niekoniecznie będę wykorzystywał zarobkowo (przynajmniej na razie robotę mam :P), ale tak po prostu – dla funu zajmuję się, bo być może wykorzystam to w sensie naukowym. Poza tym – naprawdę fajna rzecz – i co najważniejsze – jest jedną wielką tajemnicą. Nikt bowiem tak naprawdę nie zna złotego środka – a nawet jeśli pozna – to za tydzień będzie już nieaktualny, bo Google zmieni algorytm wyszukiwania. No więc – ja też walczę z wiatrakami zdobywając jak najwięcej wiedzy. Chcę Wam natomiast powiedzieć o czymś chyba trochę jednak absurdalnym.
Najpierw wprowadzenie techniczne – kto się zna, może dwa następne akapity pominąć :)
Pozycjonowanie polega na pomaganiu wyszukiwarce kojarzenia pewnych stron internetowych z odpowiednimi słowami lub frazami. Bo wiadomo – wyszukiwarka w miliardach stron internetowych musiałaby się nieźle namęczyć :P więc się jej trochę podpowiada :) – ot taka przyjacielska przysługa. Celem wyszukiwarki jest bowiem skojarzenie tematyczne strony internetowej z frazą wyszukiwania – czyli jak wpiszemy w Google pomidor – to chcemy, żeby znalazł nam stronę o pomidorach, a nie o truskawkach.
I teraz na jakie słowa lub frazy można pozycjonować mojego bloga? Pomyślcie – co musielibyście wpisać w Google, żeby znaleźć mojego bloga? Imię i nazwisko odpada – bo na blogu nie używam :) poza tym – osób o moim imieniu i nazwisku w Polsce jak mrówków jest :) a jeśli już kiedyś będę pozycjonować jakąś stronę na moje imię i nazwisko – to na pewno nie na blogu. Wiadomo – Klienci też umieją używać Internetu – a chyba nie byłoby zbyt dobrym, gdyby widzieli co poniektóre zdjęcia :P jak ktoś znajdzie jakąś ciekawą frazę do skojarzenia z blogiem – prośba o wpisanie komentarza – może zacznę na nią bloga pozycjonować :)
Nie muszę chyba też wspominać, że pozycjonowanie to wielki biznes . Każdy producent telewizorów chce, żeby po wpisaniu do Google słowa telewizor na pierwszym miejscu wyszedł sklep z jego sprzętem producenta. Tak więc firmy pozycjonujące też pozycjonują swoje strony – choćby po to, żeby pokazać swoim klientom, że znają się na rzeczy. Jedną z ciekawszych fraz kluczowych firm pozycjonerskich jest fraz „pierwsze miejsce w Google”. Wiadomo – ludzie przeszukują Internet pod kątem haseł reklamowych, słów wytrychów etc. No więc wpiszcie w Google frazę „pierwsze miejsce w Google”? Dostrzegacie absurd? Mój blog – zupełnie prywatny, pisany w wolnych chwilach maksymalnie przez 15 min na raz (a rzadko do tego dobijam) – nagle mógłby stać się czołową polską firmą pozycjonującą. Absurd.
Choć z drugiej strony może i nie. Parę razy o pozycjonowaniu na blogu napisałem – o Google też. Nie pozycjonuję się sztucznie pod tą frazę - i Google chyba dostrzega uczciwość i naturalność wpisów na blogu. Nic z Internetu nie przekopiowuję na bloga, zawsze piszę sam – a że jest tu regularność i wysiłek – „uczciwość popłaca” :)
m.
Najpierw wprowadzenie techniczne – kto się zna, może dwa następne akapity pominąć :)
Pozycjonowanie polega na pomaganiu wyszukiwarce kojarzenia pewnych stron internetowych z odpowiednimi słowami lub frazami. Bo wiadomo – wyszukiwarka w miliardach stron internetowych musiałaby się nieźle namęczyć :P więc się jej trochę podpowiada :) – ot taka przyjacielska przysługa. Celem wyszukiwarki jest bowiem skojarzenie tematyczne strony internetowej z frazą wyszukiwania – czyli jak wpiszemy w Google pomidor – to chcemy, żeby znalazł nam stronę o pomidorach, a nie o truskawkach.
I teraz na jakie słowa lub frazy można pozycjonować mojego bloga? Pomyślcie – co musielibyście wpisać w Google, żeby znaleźć mojego bloga? Imię i nazwisko odpada – bo na blogu nie używam :) poza tym – osób o moim imieniu i nazwisku w Polsce jak mrówków jest :) a jeśli już kiedyś będę pozycjonować jakąś stronę na moje imię i nazwisko – to na pewno nie na blogu. Wiadomo – Klienci też umieją używać Internetu – a chyba nie byłoby zbyt dobrym, gdyby widzieli co poniektóre zdjęcia :P jak ktoś znajdzie jakąś ciekawą frazę do skojarzenia z blogiem – prośba o wpisanie komentarza – może zacznę na nią bloga pozycjonować :)
Nie muszę chyba też wspominać, że pozycjonowanie to wielki biznes . Każdy producent telewizorów chce, żeby po wpisaniu do Google słowa telewizor na pierwszym miejscu wyszedł sklep z jego sprzętem producenta. Tak więc firmy pozycjonujące też pozycjonują swoje strony – choćby po to, żeby pokazać swoim klientom, że znają się na rzeczy. Jedną z ciekawszych fraz kluczowych firm pozycjonerskich jest fraz „pierwsze miejsce w Google”. Wiadomo – ludzie przeszukują Internet pod kątem haseł reklamowych, słów wytrychów etc. No więc wpiszcie w Google frazę „pierwsze miejsce w Google”? Dostrzegacie absurd? Mój blog – zupełnie prywatny, pisany w wolnych chwilach maksymalnie przez 15 min na raz (a rzadko do tego dobijam) – nagle mógłby stać się czołową polską firmą pozycjonującą. Absurd.
Choć z drugiej strony może i nie. Parę razy o pozycjonowaniu na blogu napisałem – o Google też. Nie pozycjonuję się sztucznie pod tą frazę - i Google chyba dostrzega uczciwość i naturalność wpisów na blogu. Nic z Internetu nie przekopiowuję na bloga, zawsze piszę sam – a że jest tu regularność i wysiłek – „uczciwość popłaca” :)
m.
poniedziałek, września 22, 2008
Uśmiech podstawą zdrowego życia
Krótko mówiąc – świat się do góry nogami przewrócił.
Przykład pierwszy - kwestie istotne podkreślone :) Złapali byłego prezesa PZU, który w celu obrony przed zarzutami karnymi (nie chciał iść do pierdla) powiedział, że używał tabletek z morfiną. Substancja, którą w Polsce można kupić tylko na receptę i tylko pod absolutnie ścisłą kontrolą. Jako, że ów człowiek nie był w stanie udowodnić, że nabył morfinowe tabletki, postawiono mu zarzut nielegalnego posiadania substancji zakazanych :) i jakie było tłumaczenie prezesa PZU w tej sytuacji?? Cytat z onetu:
Komentarz – gdyby ktoś dalej miał wątpliwości. Po pierwsze - kupić – to nie znaczy odziedziczyć. A jak odziedziczył coś, czego nie powinien mieć – to powinien to oddać właściwym służbom. I ewentualnie kupić nowe.
Po drugie – biegli to byli chyba uczeni w prawie. Rolą biegłego nie jest ocena stanu prawnego (czy mógł coś takiego posiadać), tylko czy w jego stanie zdrowia takie leki były mu pomocne. A jeśli były – to prawo posiadania takich leków ewentualnie oceni sąd. A nie biegły. Chyba, że uczony w prawie. Ot, jurysta :P
Drugi przykład. Pozwolę sobie najpierw zacytować:
Kto to napisał? Ano ten, kto wcześniej uwalał na egzaminach wszystkich tych, którzy nie mieli zawodu adwokata wpisanego w geny (czytaj – nie odziedziczyli genów adwokackich po rodzinie). Zupełnie coś, jak prof. Woś z KPA – najpierw 5 lat temu stanął w obronie studentów, których Katedra Prawa Cywilnego uwalała na przesłankach wygaśnięcia subintabulatu (oczywiście jako pytaniu ratującym) – a teraz sam prowadzi egzaminy z 10% zdawalnością.
Wszystkim gratuluję poczucia humoru!
m.
Przykład pierwszy - kwestie istotne podkreślone :) Złapali byłego prezesa PZU, który w celu obrony przed zarzutami karnymi (nie chciał iść do pierdla) powiedział, że używał tabletek z morfiną. Substancja, którą w Polsce można kupić tylko na receptę i tylko pod absolutnie ścisłą kontrolą. Jako, że ów człowiek nie był w stanie udowodnić, że nabył morfinowe tabletki, postawiono mu zarzut nielegalnego posiadania substancji zakazanych :) i jakie było tłumaczenie prezesa PZU w tej sytuacji?? Cytat z onetu:
Były szef PZU tłumaczy Radiu Zet, że chodzi o lekarstwo przeciwbólowe MST kupione w aptece. Powołuje się na opinię biegłych z 19 sierpnia 2008 roku, w której stwierdzono, że ze względu na stan zdrowia miał prawo posiadać taki lek. Odziedziczył go po ciężko chorej matce.
Komentarz – gdyby ktoś dalej miał wątpliwości. Po pierwsze - kupić – to nie znaczy odziedziczyć. A jak odziedziczył coś, czego nie powinien mieć – to powinien to oddać właściwym służbom. I ewentualnie kupić nowe.
Po drugie – biegli to byli chyba uczeni w prawie. Rolą biegłego nie jest ocena stanu prawnego (czy mógł coś takiego posiadać), tylko czy w jego stanie zdrowia takie leki były mu pomocne. A jeśli były – to prawo posiadania takich leków ewentualnie oceni sąd. A nie biegły. Chyba, że uczony w prawie. Ot, jurysta :P
Drugi przykład. Pozwolę sobie najpierw zacytować:
Z najwyższym niepokojem przyjęłam wstępne informacje o wynikach ministerialnego egzaminu konkursowego na aplikacje prawnicze.
W niektórych regionach (izbach) liczba osób, które zdały egzamin na aplikację adwokacką, nie przekroczyła kilku procent. W skali całego kraju, jak się szacuje, liczba kandydatów, którzy nie zdali egzaminu na aplikację adwokacką może sięgnąć nawet 85%.
Większość zdających ocenia test, ułożony przez Ministerstwo Sprawiedliwości, jako bardzo trudny, nadmiernie szczegółowy i wymagający zbyt obszernej wiedzy.
Powstaje wrażenie, że politycy i urzędnicy państwowi nie poradzili sobie z zadaniem, które sami na siebie przyjęli, zmieniając zasady egzaminu z samorządowego na ministerialny.
Naczelna Rada Adwokacka z należną uwagą przeanalizuje wyniki egzaminu wstępnego. Samorząd adwokacki będzie także oczekiwać, że Minister Sprawiedliwości niezwłocznie odniesie się do zarzutów, dotyczących skali trudności i zakresu tematycznego egzaminu.
Wyrażany niepokój i wątpliwości co do przeprowadzonych egzaminów wstępnych na aplikacje potwierdzają jednocześnie postulaty zgłaszane przez samorządy prawnicze, aby politycy wprowadzali w Polsce reformy rozważniej, konsultując je i korzystając z doświadczeń samorządów zawodowych.
Przekonanie niektórych polityków o swojej nieomylności i niechęć do wsłuchiwania się w opinie tych, których zmiany bezpośrednio dotyczą, powoduje właśnie takie sytuacje, jak trudne do zaakceptowania wyniki państwowego egzaminu na aplikacje.
Kto to napisał? Ano ten, kto wcześniej uwalał na egzaminach wszystkich tych, którzy nie mieli zawodu adwokata wpisanego w geny (czytaj – nie odziedziczyli genów adwokackich po rodzinie). Zupełnie coś, jak prof. Woś z KPA – najpierw 5 lat temu stanął w obronie studentów, których Katedra Prawa Cywilnego uwalała na przesłankach wygaśnięcia subintabulatu (oczywiście jako pytaniu ratującym) – a teraz sam prowadzi egzaminy z 10% zdawalnością.
Wszystkim gratuluję poczucia humoru!
m.
sobota, września 20, 2008
A właściwie po co Ci to?
Ostatnio zadano mi pytanie: „dlaczego prowadzisz bloga?”. Pierwsza myśl – „bo chyba się przyzwyczaiłem i chyba lubię to”. Pytanie tylko, co lubię? No więc spora – bo do początków 2007 roku – retrospekcja, i chyba co nieco sobie uzmysłowiłem. Dobrym narzędziem do tego było ogólne przejrzenie bloga od samych początków
Na początku – jak zresztą ewentualnie będziecie w stanie to dostrzec – blog miał być platformą, w której dzieliłbym się z innymi zdjęciami z różnych wydarzeń, niekoniecznie z życia codziennego. Stąd m.in. wziął się podtytuł. Co prawda istniały jakieś serwisy typu fotka.pl, czy Picassa, gdzie można było publikować zdjęcia i udostępniać je innym – ale mi wydawały się one jakimś takim słabym opakowaniem dla zdjęć. Dla wrzucenie zdjęć do picassy czy na fotkę było czymś takim, jak wklejenie artystycznych, naprawdę dobrych czarnobiałych aktów do szesnastokartkowego zeszytu w kratkę z Kubusiem Puchatkiem na okładce. Po prostu – coś mi tu nie grało. Te wszystkie serwisy pokazowe były jakieś takie… hmm – bezsensowne.
I tak to funkcjonowało przez jakiś czas – zazwyczaj z krótszymi lub dłuższymi przerwami, aż do Paryża. W Paryżu stopniowo dokonywała się zmian – bo poza czymś dla oka zacząłem dorzucać coś dla.. nie wiem czego :P anyway – zacząłem więcej pisać – dlatego że nawet najlepsze zdjęcia (których czasem brakowało, pomimo że Gosia dwoiła się i troiła :P) nie potrafiły oddać tego, co chciałem przekazać.
Podsumowując – po kolejnym wyjeździe znudziło mnie przesyłanie każdemu chętnemu paru zdjęć i opowiadanie „jak było”. Napisałem jak było na blogu, dorzuciłem parę fot – i większości ludzi zaczynało to wystarczać :P komu nie wystarczało, ten dopytywał o poszczególne elementy wyjazdu, wrażenia, impresje, imprezy etc :) w ten sposób udało się trochę ucywilizować rozmowę o tych „a few moments”.
W chwili obecnej blog jest dodatkowo platformą łączącą sporą część moich znajomych. Ostatnie statystyki wykazały, że odwiedza go miesięcznie około 150 różnych osób. Co prawda część z nich (jakieś 20-30) to osoby, które trafiły na bloga z Google’a, gdy szukali seksu w Buczkowicach, informacji o pogodzie w Paryżu w październiku czy o koncie niejakiego Krzysztofa Reka na Goldenline :P (że o innych słowach wyszukujących nie wspomnę :)) – ale nadal ilość osób czytujących regularnie bloga (spędzających na nim co najmniej 180 sekund :) tak, takie statystyki też są dostępne – na jak długi okres czasu wchodzą poszczególne osoby).
I tak to. Dodatkowo – dokupiłem w końcu swoją własną domenę mjps.pl (zawsze chciałem mieć takową :) ot – gadżeciarz :P)– więc jest krótko, szybko i miło :) mam nadzieję :)
m.
PS: aaa - i chyba najważniejszy powód. Ostatnio coraz trudniej złapać mnie na jakąkolwiek rozmowę - i to nie tylko na rozmowę live, ale też na gg choćby. Poza tym - spora część czytelników - oglądaczy włóczy się gdzieś po świecie - więc tak przynajmniej wszyscy mają równe możliwości w updacie o mnie :)
Na początku – jak zresztą ewentualnie będziecie w stanie to dostrzec – blog miał być platformą, w której dzieliłbym się z innymi zdjęciami z różnych wydarzeń, niekoniecznie z życia codziennego. Stąd m.in. wziął się podtytuł. Co prawda istniały jakieś serwisy typu fotka.pl, czy Picassa, gdzie można było publikować zdjęcia i udostępniać je innym – ale mi wydawały się one jakimś takim słabym opakowaniem dla zdjęć. Dla wrzucenie zdjęć do picassy czy na fotkę było czymś takim, jak wklejenie artystycznych, naprawdę dobrych czarnobiałych aktów do szesnastokartkowego zeszytu w kratkę z Kubusiem Puchatkiem na okładce. Po prostu – coś mi tu nie grało. Te wszystkie serwisy pokazowe były jakieś takie… hmm – bezsensowne.
I tak to funkcjonowało przez jakiś czas – zazwyczaj z krótszymi lub dłuższymi przerwami, aż do Paryża. W Paryżu stopniowo dokonywała się zmian – bo poza czymś dla oka zacząłem dorzucać coś dla.. nie wiem czego :P anyway – zacząłem więcej pisać – dlatego że nawet najlepsze zdjęcia (których czasem brakowało, pomimo że Gosia dwoiła się i troiła :P) nie potrafiły oddać tego, co chciałem przekazać.
Podsumowując – po kolejnym wyjeździe znudziło mnie przesyłanie każdemu chętnemu paru zdjęć i opowiadanie „jak było”. Napisałem jak było na blogu, dorzuciłem parę fot – i większości ludzi zaczynało to wystarczać :P komu nie wystarczało, ten dopytywał o poszczególne elementy wyjazdu, wrażenia, impresje, imprezy etc :) w ten sposób udało się trochę ucywilizować rozmowę o tych „a few moments”.
W chwili obecnej blog jest dodatkowo platformą łączącą sporą część moich znajomych. Ostatnie statystyki wykazały, że odwiedza go miesięcznie około 150 różnych osób. Co prawda część z nich (jakieś 20-30) to osoby, które trafiły na bloga z Google’a, gdy szukali seksu w Buczkowicach, informacji o pogodzie w Paryżu w październiku czy o koncie niejakiego Krzysztofa Reka na Goldenline :P (że o innych słowach wyszukujących nie wspomnę :)) – ale nadal ilość osób czytujących regularnie bloga (spędzających na nim co najmniej 180 sekund :) tak, takie statystyki też są dostępne – na jak długi okres czasu wchodzą poszczególne osoby).
I tak to. Dodatkowo – dokupiłem w końcu swoją własną domenę mjps.pl (zawsze chciałem mieć takową :) ot – gadżeciarz :P)– więc jest krótko, szybko i miło :) mam nadzieję :)
m.
PS: aaa - i chyba najważniejszy powód. Ostatnio coraz trudniej złapać mnie na jakąkolwiek rozmowę - i to nie tylko na rozmowę live, ale też na gg choćby. Poza tym - spora część czytelników - oglądaczy włóczy się gdzieś po świecie - więc tak przynajmniej wszyscy mają równe możliwości w updacie o mnie :)
Nie jestem aż takim totalnym debilem :)
Aaaa, i jeszcze info dla tych, którzy nie wiedzą. Pomimo drobnego kryzysu związanego ze zwątpieniem we własne zdolności intelektualne drugi egzamin w tym roku udało mi się zdać bez jakiegokolwiek problemu. 4 bez żadnych poważnych problemów – to się nazywa uczciwa ocena w stosunku do wiedzy. Nie to, co w przypadku egzaminu u czerwonoskórego…
m.
m.
czwartek, września 18, 2008
środa, września 17, 2008
Rozmowa o rzeczach podstawowych
Jak pisał poeta, „wielkość ludzi nie jest oceniana wielkością ich samych, ale ich przyjaciół”. No, to jestem wielki! :)
Erha w Wichita (że o Wielkim Londonie nie wspomnę ), Prząx najpierw w Paryżu, a teraz w Manchesterze, Gosia w Paryżu – nie dość, żem wielki, to jeszcze absolutnie światowy. A już najlepszym dowodem na moją światowość i wielkość była dzisiejsza rozmowa telefoniczna. W skrócie przebiegała tak:
- Cześć!
- Dzieńdobry!
- Słuchaj, bo jestem właśnie w Simplu i szukam Muscadora. Możesz mi pomóc i powiedzieć, w którym miejscu stoi?
- ale każdy Simpl jest inny…
- ale ja jestem w Simplu na Clichy…
- aaa – no to ostatnia alejak przed kasami – po lewej stronie
- stoję tyłem do kas, naprzeciwko mnie jest piwo – gdzie mam iść
- idź do następnego rzędu…
- no tu są wina, ale same jakieś Bordeaux, a muscadora nie ma…
- obejrzyj się do tyłu – wśród szampanów – leży koło filara po stronie napoi, po jego prawej…
- MAAAAAM, JEEEEST…
Przyznacie, że urocze ??
m.
Erha w Wichita (że o Wielkim Londonie nie wspomnę ), Prząx najpierw w Paryżu, a teraz w Manchesterze, Gosia w Paryżu – nie dość, żem wielki, to jeszcze absolutnie światowy. A już najlepszym dowodem na moją światowość i wielkość była dzisiejsza rozmowa telefoniczna. W skrócie przebiegała tak:
- Cześć!
- Dzieńdobry!
- Słuchaj, bo jestem właśnie w Simplu i szukam Muscadora. Możesz mi pomóc i powiedzieć, w którym miejscu stoi?
- ale każdy Simpl jest inny…
- ale ja jestem w Simplu na Clichy…
- aaa – no to ostatnia alejak przed kasami – po lewej stronie
- stoję tyłem do kas, naprzeciwko mnie jest piwo – gdzie mam iść
- idź do następnego rzędu…
- no tu są wina, ale same jakieś Bordeaux, a muscadora nie ma…
- obejrzyj się do tyłu – wśród szampanów – leży koło filara po stronie napoi, po jego prawej…
- MAAAAAM, JEEEEST…
Przyznacie, że urocze ??
m.
wtorek, września 16, 2008
Warszawski wielki świat
Wiedziałem, że pierwszy dzień po trzytygodniowym urlopie lekki nie będzie – ale wczorajszy dzień będzie naprawde jednym z historycznych dni. Ilość superpilnej roboty była spora – a przy tym wypadłem na 3 tygodnie z akcji – więc dodatkowo musiałem dość sporo doczytywać. Reasumując – zacząłem pracę o 9 30, skończyłem o 0 30 – z drobną przerwą na własne sprawy. A potem o 4 30 pobudka – absolutny horror. Dobrze, że udało mi się kimnąć popołudniem na pół godzinki – bo byłbym absolutnie nie do życia.
Anyway – jakoś trwam – jutro kolejny ciężki dzień pracy. Tymczasem wieczorem nastąpiło zasiedlenie nowego mieszkania firmowego. Chata absolutnie wybitna – dokładnie w stylu, który mi się podoba. A na dodatek – widok z balkonu rodem z Nowego Jorku albo Paryża wzdłuż Champs Elysees. Have a glance…


m.
Anyway – jakoś trwam – jutro kolejny ciężki dzień pracy. Tymczasem wieczorem nastąpiło zasiedlenie nowego mieszkania firmowego. Chata absolutnie wybitna – dokładnie w stylu, który mi się podoba. A na dodatek – widok z balkonu rodem z Nowego Jorku albo Paryża wzdłuż Champs Elysees. Have a glance…

m.
niedziela, września 14, 2008
Tolerancja
Czasy takie, że na każdym kroku trzeba szanować innych – niezależnie od tego, czy ma to sens, czy nie. Ochrona praw autorskich (większość wypowiedzi prasowych i telewizyjnych to bzdury), ochrona danych osobowych (tutaj to w ogóle absurd – hasło „ochrona danych osobowych” to jakieś zaklęcie obecnych czasów), ochrona praw mniejszości (które zaczynają mieć więcej praw, niż większość)…
I co czytam na Onecie jako jeden z głównych tematów w niedzielne przedpołudnie? „Sobieski bije Turków – przeżyjmy to jeszcze raz”. No tak – brak szerzenia nienawiści między narodami, tolerancja, promowanie pokoju. W tym tytule mieści się to wszystko. Może jestem staroświecki – ale tego nie toleruję.
M.
I co czytam na Onecie jako jeden z głównych tematów w niedzielne przedpołudnie? „Sobieski bije Turków – przeżyjmy to jeszcze raz”. No tak – brak szerzenia nienawiści między narodami, tolerancja, promowanie pokoju. W tym tytule mieści się to wszystko. Może jestem staroświecki – ale tego nie toleruję.
M.
sobota, września 13, 2008
Wyznanie piwosza
Przyznam się bez bicia – lubię piwo z sokiem. Może zabrzmi to pedalsko, ale redd’sa też lubię. Owszem, nie zawsze – ale czasami najdzie mnie ochota. A ostatnio zrobiłem cuś takiego, do czego ani piwo z sokiem ani redd’sy, ani jakiekolwiek inne cuda nie mogą się porównywać.
Ale zanim powiem, cóż to znowu niby wymyśliłem, mała dygresja. Jest to dla mnie prawdziwym absurdem i ciekawostką przyrodniczą – ale w obecnych czasach totalnej drożyzny żywności duże pudełko (na ok. trochę więcej niż 0.5 kg) malin kosztuje pomiędzy 3 a 5 zł. Nigdy więcej. Oczywiście świeże, pachnące, niezgniecione – po prostu cudo. Aż dziw mnie bierze, że komuś chce się te maliny
A) hodować (choć ponoć maliny nie potrzebują dużo troski)
B) zbierać
C) sprzedawać
Ja za każdym razem, kiedy musiałem zbierać na działce maliny, kląłem jak stary szewc. Bo kolce, bo maliny malutki, bo długo się je zbiera. No ale widać ktoś robi na tym biznes. A ja korzystam :)
No ale cóż to zrobiłem? Ano mając otwartego Browarka stwierdziłem, że można zrobić sobie smakowe piwo w wersji BIO. No i nadpiłem trochę cudnego tyskacza po czym wrzuciłem 6 słodkich malinek. Maliny małe – więc nawet nie musiałem ich zgniatać przy wrzucaniu ich do puszki. Małe, ale jakie słodkie (ponoć przy kobietach też się sprawdza :P). A smak piwa po dodaniu malin – absolutna rewelacja. Nie jest takie słodkie jak po piwie z sokiem, a jednocześnie smakuje sto razy bardziej naturalnie niż redd’s. Naprawdę polecam. Szczególnie, jak można po wypiciu zjeść te nasączone tyskim malinki. Absolutnie palce lizać!!!
m.
Ale zanim powiem, cóż to znowu niby wymyśliłem, mała dygresja. Jest to dla mnie prawdziwym absurdem i ciekawostką przyrodniczą – ale w obecnych czasach totalnej drożyzny żywności duże pudełko (na ok. trochę więcej niż 0.5 kg) malin kosztuje pomiędzy 3 a 5 zł. Nigdy więcej. Oczywiście świeże, pachnące, niezgniecione – po prostu cudo. Aż dziw mnie bierze, że komuś chce się te maliny
A) hodować (choć ponoć maliny nie potrzebują dużo troski)
B) zbierać
C) sprzedawać
Ja za każdym razem, kiedy musiałem zbierać na działce maliny, kląłem jak stary szewc. Bo kolce, bo maliny malutki, bo długo się je zbiera. No ale widać ktoś robi na tym biznes. A ja korzystam :)
No ale cóż to zrobiłem? Ano mając otwartego Browarka stwierdziłem, że można zrobić sobie smakowe piwo w wersji BIO. No i nadpiłem trochę cudnego tyskacza po czym wrzuciłem 6 słodkich malinek. Maliny małe – więc nawet nie musiałem ich zgniatać przy wrzucaniu ich do puszki. Małe, ale jakie słodkie (ponoć przy kobietach też się sprawdza :P). A smak piwa po dodaniu malin – absolutna rewelacja. Nie jest takie słodkie jak po piwie z sokiem, a jednocześnie smakuje sto razy bardziej naturalnie niż redd’s. Naprawdę polecam. Szczególnie, jak można po wypiciu zjeść te nasączone tyskim malinki. Absolutnie palce lizać!!!
m.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)