Przyznam się bez bicia – lubię piwo z sokiem. Może zabrzmi to pedalsko, ale redd’sa też lubię. Owszem, nie zawsze – ale czasami najdzie mnie ochota. A ostatnio zrobiłem cuś takiego, do czego ani piwo z sokiem ani redd’sy, ani jakiekolwiek inne cuda nie mogą się porównywać.
Ale zanim powiem, cóż to znowu niby wymyśliłem, mała dygresja. Jest to dla mnie prawdziwym absurdem i ciekawostką przyrodniczą – ale w obecnych czasach totalnej drożyzny żywności duże pudełko (na ok. trochę więcej niż 0.5 kg) malin kosztuje pomiędzy 3 a 5 zł. Nigdy więcej. Oczywiście świeże, pachnące, niezgniecione – po prostu cudo. Aż dziw mnie bierze, że komuś chce się te maliny
A) hodować (choć ponoć maliny nie potrzebują dużo troski)
B) zbierać
C) sprzedawać
Ja za każdym razem, kiedy musiałem zbierać na działce maliny, kląłem jak stary szewc. Bo kolce, bo maliny malutki, bo długo się je zbiera. No ale widać ktoś robi na tym biznes. A ja korzystam :)
No ale cóż to zrobiłem? Ano mając otwartego Browarka stwierdziłem, że można zrobić sobie smakowe piwo w wersji BIO. No i nadpiłem trochę cudnego tyskacza po czym wrzuciłem 6 słodkich malinek. Maliny małe – więc nawet nie musiałem ich zgniatać przy wrzucaniu ich do puszki. Małe, ale jakie słodkie (ponoć przy kobietach też się sprawdza :P). A smak piwa po dodaniu malin – absolutna rewelacja. Nie jest takie słodkie jak po piwie z sokiem, a jednocześnie smakuje sto razy bardziej naturalnie niż redd’s. Naprawdę polecam. Szczególnie, jak można po wypiciu zjeść te nasączone tyskim malinki. Absolutnie palce lizać!!!
m.
sobota, września 13, 2008
czwartek, września 11, 2008
Kolejna rocznica 9/11
Dziś 11 września, rocznica ataku na WTC. W poprzednich latach jakoś tak bardziej przejmowano się tą datą. Ale dziś jakoś nie bardzo zauważyłem poruszenie. Na Onecie dostrzegłem jedną notkę poświęconą pamiętnemu dniu. I wcale nie była na pierwszym miejscu. Na wp też była jedna. Też gdzieś raczej poboczna. Są informacje o polskich talibach, są o rozmowach z Rosją – a głównym tematem wieczoru jest chyba tulipan Maria Kaczyńska.
Nie jestem jakimś sentymentalistą i chyba daleko mi od moralizowania, jaka to ważna jest historia. Ale jednak w tym konkretnym wypadku, w tym jednym dniu w roku powinniśmy pamiętać o tym przykrym wydarzeniu. I to nie dlatego, że zginęło tyle i tyle ludzi, że to środek wielkiego nowojorskiego City czy z jakiejkolwiek innej przyczyny. Co roku w Chinach w powodziach ginie dużo więcej ludzi niż 11.09.2001 zginęło, a też nie uważam nowojorczyków za osoby od Chińczyków lepsze. Jednak ta data ma trochę inne znaczenie. Ja stawiam ją na równi z innymi bardzo ważnymi datami – koniec II wojny światowej, upadek komunizmu i koniec zimnej wojny, początek internetu. Co jest zatem aż tak istotne? Spokój i komfort psychiczny…
Po wydarzeniach z WTC i Waszyngtonu na lotniskach zaczął odbywać się dramat wejścia na pokład, w miejscach publicznych coraz częściej panuje psychoza na widok porzuconych bagaży. Może nie w Polsce, może nie w każdym miejscu – ale w tych najważniejszych. Tam, gdzie ludzie są świadomi tego, co się stało. Zamachy WTC to przecież koniec świadomości, że żyjąc w cywilizowanym świecie nic nam nie grozi. Owszem, grozi. I to nie ze strony naszej cywilizacji, ale ze strony fanatyzmu.
Możnaby wiele jeszcze napisać na ten temat, tylko po co? Wiele osób nie chce wracać pamięcią do tamtych zdarzeń. Albo dlatego, że są bolesne, albo dlatego, że ich bezpośrednio nie dotyczyły. Bezpośrednio może i nie – pośrednio na pewno wywarły wpływ na cały nasz obecny świat.
m.
Nie jestem jakimś sentymentalistą i chyba daleko mi od moralizowania, jaka to ważna jest historia. Ale jednak w tym konkretnym wypadku, w tym jednym dniu w roku powinniśmy pamiętać o tym przykrym wydarzeniu. I to nie dlatego, że zginęło tyle i tyle ludzi, że to środek wielkiego nowojorskiego City czy z jakiejkolwiek innej przyczyny. Co roku w Chinach w powodziach ginie dużo więcej ludzi niż 11.09.2001 zginęło, a też nie uważam nowojorczyków za osoby od Chińczyków lepsze. Jednak ta data ma trochę inne znaczenie. Ja stawiam ją na równi z innymi bardzo ważnymi datami – koniec II wojny światowej, upadek komunizmu i koniec zimnej wojny, początek internetu. Co jest zatem aż tak istotne? Spokój i komfort psychiczny…
Po wydarzeniach z WTC i Waszyngtonu na lotniskach zaczął odbywać się dramat wejścia na pokład, w miejscach publicznych coraz częściej panuje psychoza na widok porzuconych bagaży. Może nie w Polsce, może nie w każdym miejscu – ale w tych najważniejszych. Tam, gdzie ludzie są świadomi tego, co się stało. Zamachy WTC to przecież koniec świadomości, że żyjąc w cywilizowanym świecie nic nam nie grozi. Owszem, grozi. I to nie ze strony naszej cywilizacji, ale ze strony fanatyzmu.
Możnaby wiele jeszcze napisać na ten temat, tylko po co? Wiele osób nie chce wracać pamięcią do tamtych zdarzeń. Albo dlatego, że są bolesne, albo dlatego, że ich bezpośrednio nie dotyczyły. Bezpośrednio może i nie – pośrednio na pewno wywarły wpływ na cały nasz obecny świat.
m.
środa, września 10, 2008
Info dla wtajemniczonych - 30 pękło :D
kto wie, o co chodzi, to wie :) kto nie - to trudno, jego strata. Wszak, kto pyta - nie błądzi :)
m.
m.
Kulinarna uczta
Jako, że po raz już kolejny napomknę, że blog musi być stale zasilany dodatkowymi wpisami – bo i wtedy lepiej wypadam w Google’owym rankingu, lepiej rośnie wartość bloga w oczach reklamodawców AdSense – to i piszę :)
Dziś bez żadnych fajerwerków analitycznych – ale pochwalę się… Wyszedł mi dziś absolutnie zajebisty obiad. Tak pokrótce receptura – oczywiście wyszedł jak to w moim wypadku bywa – całkowicie spontanicznie i bez głębszego przemyślenia. No więc – z niedzieli została mi górna połowa kurczaka – czyli oględnie mówiąc – dwa jędrne cyce (choć niestety kurze - a poza tym ścięte i zimne – bo z lodówki). Wyciąłem znad klatki (kości oczywiście poobgryzałem – i wczoraj już nie musiałem dodatkowego obiadu tworzyć).

No więc – cyce pokroiłem w takie plasterki – w poprzek. Niezbyt grube – tak max 1 cm. Do tego dorobiłem sos – z tego sosu, który wytopił się z kurczaka w trakcie pieczenia (jestem barbarzyńcą – i wylałem z niego tłuszcz…), papryki, cebuli i śmietany. Wszystko razem zmiksowałem w moim przecudnym blenderze – i zalałem kurze cyce sosem. W pięknej białej brytfance tak sobie poleżały ze dwie godziny w lodówce.
na koniec mocno posypałem solą czosnkową i pieprzem ziołowym (ale tak masakrycznie mocno – aż się bałem, że za dużo) – i do piekarnika. Po 10 minutach zapiekania przykryłem plasterkami sera żółtego – i jeszcze na 20 min.
Podane z ryżem – absolutny wypas. Już dawno nie udało mi się stworzyć czegoś tak wybornego. Oczywiście chwalę się niemiłosiernie – ale nie dość, że udało mi – i pewnej niewiaście – podjeść trochę (skromnie mówiąc :P), to i przy okazji na blogu kolejny raz pojawił się wpis. I tak dwie pieczenie na jednym ogniu. Wróć – trzy pieczenie – bo oczywiście kurze cyce były z obiadu niedzielnego.
m.
PS: spieszę jeszcze pochwalić się, że od początku sierpnia na blogu było 2500 odwiedzin. Absolutnie niezły wynik :) chyba :) co prawda pewnie trochę przekłamany - bo każde wyświetlenie strony na nowo jest uznawane za nowe wejście na bloga - ale i tak - jak na bloga całkowicie prywatnego wynik jest naprawdę super :) Dzięki Wam wszystkim!
Dziś bez żadnych fajerwerków analitycznych – ale pochwalę się… Wyszedł mi dziś absolutnie zajebisty obiad. Tak pokrótce receptura – oczywiście wyszedł jak to w moim wypadku bywa – całkowicie spontanicznie i bez głębszego przemyślenia. No więc – z niedzieli została mi górna połowa kurczaka – czyli oględnie mówiąc – dwa jędrne cyce (choć niestety kurze - a poza tym ścięte i zimne – bo z lodówki). Wyciąłem znad klatki (kości oczywiście poobgryzałem – i wczoraj już nie musiałem dodatkowego obiadu tworzyć).

No więc – cyce pokroiłem w takie plasterki – w poprzek. Niezbyt grube – tak max 1 cm. Do tego dorobiłem sos – z tego sosu, który wytopił się z kurczaka w trakcie pieczenia (jestem barbarzyńcą – i wylałem z niego tłuszcz…), papryki, cebuli i śmietany. Wszystko razem zmiksowałem w moim przecudnym blenderze – i zalałem kurze cyce sosem. W pięknej białej brytfance tak sobie poleżały ze dwie godziny w lodówce.
na koniec mocno posypałem solą czosnkową i pieprzem ziołowym (ale tak masakrycznie mocno – aż się bałem, że za dużo) – i do piekarnika. Po 10 minutach zapiekania przykryłem plasterkami sera żółtego – i jeszcze na 20 min.
Podane z ryżem – absolutny wypas. Już dawno nie udało mi się stworzyć czegoś tak wybornego. Oczywiście chwalę się niemiłosiernie – ale nie dość, że udało mi – i pewnej niewiaście – podjeść trochę (skromnie mówiąc :P), to i przy okazji na blogu kolejny raz pojawił się wpis. I tak dwie pieczenie na jednym ogniu. Wróć – trzy pieczenie – bo oczywiście kurze cyce były z obiadu niedzielnego.
m.
PS: spieszę jeszcze pochwalić się, że od początku sierpnia na blogu było 2500 odwiedzin. Absolutnie niezły wynik :) chyba :) co prawda pewnie trochę przekłamany - bo każde wyświetlenie strony na nowo jest uznawane za nowe wejście na bloga - ale i tak - jak na bloga całkowicie prywatnego wynik jest naprawdę super :) Dzięki Wam wszystkim!
wtorek, września 09, 2008
Paris
Zastanawiałem się, o czym dziś napisać O tym, że się uczę, to wiedzą już chyba absolutnie wszyscy – łącznie z gościem, którego dziś spotkałem na ulicy, który gadał ze mną jak ze starym kumplem, a którego za żadną pytę nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Po prostu – tabula rasa – nawet twarzy nie kojarzę… A ponoć – nie dość, że studiował ze mną – to jeszcze jakaś Anka… No masakra totalna… :)
Anyway – dziś o Paryżu trochę. Trochę, bo znowu coś mnie natchnęło. Coś – a mianowicie film. Niebo nad Paryżem (choć oryginalnie tytuł to „Paryż”; chyba rzeczywiście tym razem znowu tłumacz trochę przesadził z artyzmem – tytuł Paryż był absolutnie idealny). Film taki sobie – nie zachwycił mnie jakoś wybitnie. Może był zbyt ciężki – a mój przyciężały już umysł nie był w stanie odpowiednio go przetrawić. Co mnie natomiast poruszyło po raz kolejny, to po prostu Paryż. Paradoks relacji międzyludzkich – najlepiej widać przy codziennej samotności głównego bohatera i cudownej imprezie oraz przy sprzedawczyni w narożnej Boulangerie. Z drugiej strony – świat jak za rogiem – ale w fenomenalnej scenerii. Widoki z dachów – albo to kamienicy na Montmartre, albo Tour de Montparnasse, albo też po prostu z wieży. Widok absolutnie niesamowity. Mam nadzieję, że osoby, które zwiedziły, obejrzą. Naprawdę miło się robi, gdy taksówka przejeżdża koło Pere Lachaise, Moulin Rouge, Nation czy Bastylii. Że o Sacre Coeur nie wspomnę…

I chyba tyle – bo cóż więcej mówić. Może jeszcze jedno – już prawie rok, odkąd postawiłem swą nogę na Paryskim bruku. I być może stąd ta refleksja.
Druga rzecz, którą zauważyłem – w Polsce co raz więcej jest w kinach filmów europejskich. Paradoksalnie – w tym roku obejrzałem chyba więcej filmów europejskich, niż amerykańskich. Niby mało istotne – ale gdy dziś reklamy przedfilmowe to 2 filmy francuskiej i jeden niemiecki – to trochę to zburzyło moje podejście do kina. Jeszcze niedawno film nieamerykański był nie lada gratką – teraz jest czymś oczywistym. Przyznam się, że wolę filmy amerykańskie – nie są tak przeintelektualizowane i mają trochę lżejszy styl – niemniej czasem, dla odmiany, żeby życie miało smaczek :P Zmiana następuje na naszych oczach.
m.
PS: a poza tym, to piszę, bo reklamy na blogu się lepsze pojawiają :)
Anyway – dziś o Paryżu trochę. Trochę, bo znowu coś mnie natchnęło. Coś – a mianowicie film. Niebo nad Paryżem (choć oryginalnie tytuł to „Paryż”; chyba rzeczywiście tym razem znowu tłumacz trochę przesadził z artyzmem – tytuł Paryż był absolutnie idealny). Film taki sobie – nie zachwycił mnie jakoś wybitnie. Może był zbyt ciężki – a mój przyciężały już umysł nie był w stanie odpowiednio go przetrawić. Co mnie natomiast poruszyło po raz kolejny, to po prostu Paryż. Paradoks relacji międzyludzkich – najlepiej widać przy codziennej samotności głównego bohatera i cudownej imprezie oraz przy sprzedawczyni w narożnej Boulangerie. Z drugiej strony – świat jak za rogiem – ale w fenomenalnej scenerii. Widoki z dachów – albo to kamienicy na Montmartre, albo Tour de Montparnasse, albo też po prostu z wieży. Widok absolutnie niesamowity. Mam nadzieję, że osoby, które zwiedziły, obejrzą. Naprawdę miło się robi, gdy taksówka przejeżdża koło Pere Lachaise, Moulin Rouge, Nation czy Bastylii. Że o Sacre Coeur nie wspomnę…

I chyba tyle – bo cóż więcej mówić. Może jeszcze jedno – już prawie rok, odkąd postawiłem swą nogę na Paryskim bruku. I być może stąd ta refleksja.
Druga rzecz, którą zauważyłem – w Polsce co raz więcej jest w kinach filmów europejskich. Paradoksalnie – w tym roku obejrzałem chyba więcej filmów europejskich, niż amerykańskich. Niby mało istotne – ale gdy dziś reklamy przedfilmowe to 2 filmy francuskiej i jeden niemiecki – to trochę to zburzyło moje podejście do kina. Jeszcze niedawno film nieamerykański był nie lada gratką – teraz jest czymś oczywistym. Przyznam się, że wolę filmy amerykańskie – nie są tak przeintelektualizowane i mają trochę lżejszy styl – niemniej czasem, dla odmiany, żeby życie miało smaczek :P Zmiana następuje na naszych oczach.
m.
PS: a poza tym, to piszę, bo reklamy na blogu się lepsze pojawiają :)
niedziela, września 07, 2008
Absurdy tego świata
"Biust z założenia został stworzony dla dzieci, a bawią się nim mężczyźni. To zupełnie odwrotnie niż zapałki."
rzeczywiscie - dzieckiem nie jestem - ogień zupełnie mnie już nie rajcuje. Ani zapałki, ani zapalniczka, ani ogniska. Za to biust...... :)
m.
sobota, września 06, 2008
Sztuczna inteligencja Google
Zgodnie z trendem pisania na blogu – tym razem jeszcze raz coś o technikach internetowych – czyli w jaki sposób blog jest widoczny w sieci :)
Otóż – wiadomo wszem i wobec, że zupełnie niekwestionowanym liderem rynku wyszukiwarek jest google. No więc – od pewnego czasu również i google dociera na mojego bloga. Jako, że jakość jest zupełnie przyzwoita :P i treści są całkowitymi oryginałami (nie jest to zwykłe przekopiowanie artykułów z wikipedii czy komentarzy z onetu – jak to robią niektórzy blogerzy) – toteż bardzo częst pojawiam się wysoko w wynikach wyszukiwania.google’a. Teraz tylko pytanie – w wynikach wyszukiwania jakich zbitków słów? I tu zaczyna się ciekawie :)
Tak jak staram się, żeby blog był zoptymalizowany na kilka słów kluczowych - gdzie oczywiście prym wiedzie MJPS, to i w nich jest całkiem nieźle. Przy okazji, blog jest również pierwszy słowa jak CzernyTeam :) ale to nie wszystko :)
Jednym z większych absurdów google’a jest kombinacja słów „październik pogoda w paryżu”, „największe cycki w naszej klasie”, „własne miejsce w google”, „idealny prezent dla kobiety” czy „sex buczkowice” (tutaj absolutny lol). Zupełnie radzi sobie też cytat z J. Lieberta oraz przestroga przed umieszczaniem głupich zdjęć na naszej klasie (zresztą naruszająca moje prawo do wizerunku oraz – aczkolwiek to może być dyskusyjne – prawa autorskie autora zdjęcia).
Anyway – celem notki jest przede wszystkich ukazanie absurdu google’a. Z powyższych przykładów widać, że sztucznej inteligencji brakuje jeszcze co nieco do tej inteligencji naturalnej.
m.
Otóż – wiadomo wszem i wobec, że zupełnie niekwestionowanym liderem rynku wyszukiwarek jest google. No więc – od pewnego czasu również i google dociera na mojego bloga. Jako, że jakość jest zupełnie przyzwoita :P i treści są całkowitymi oryginałami (nie jest to zwykłe przekopiowanie artykułów z wikipedii czy komentarzy z onetu – jak to robią niektórzy blogerzy) – toteż bardzo częst pojawiam się wysoko w wynikach wyszukiwania.google’a. Teraz tylko pytanie – w wynikach wyszukiwania jakich zbitków słów? I tu zaczyna się ciekawie :)
Tak jak staram się, żeby blog był zoptymalizowany na kilka słów kluczowych - gdzie oczywiście prym wiedzie MJPS, to i w nich jest całkiem nieźle. Przy okazji, blog jest również pierwszy słowa jak CzernyTeam :) ale to nie wszystko :)
Jednym z większych absurdów google’a jest kombinacja słów „październik pogoda w paryżu”, „największe cycki w naszej klasie”, „własne miejsce w google”, „idealny prezent dla kobiety” czy „sex buczkowice” (tutaj absolutny lol). Zupełnie radzi sobie też cytat z J. Lieberta oraz przestroga przed umieszczaniem głupich zdjęć na naszej klasie (zresztą naruszająca moje prawo do wizerunku oraz – aczkolwiek to może być dyskusyjne – prawa autorskie autora zdjęcia).
Anyway – celem notki jest przede wszystkich ukazanie absurdu google’a. Z powyższych przykładów widać, że sztucznej inteligencji brakuje jeszcze co nieco do tej inteligencji naturalnej.
m.
piątek, września 05, 2008
Recenzja - Sokół feat. Pono - TPWC
Nie wiem dlaczego, ale przez ostatnie parę dni – gdy niewiele pisałem na blogu (a jak już pisałem, to raczej bardzo krótko i mało atrakcyjnie) bardzo spadły moje dochody z AdSense. Nie to, żebym prowadził bloga dla zysku – ale skoro AdSensowy zysk przy okazji wymusza regularność w blogowaniu – to dlaczego miałbym niby nie weryfikować swojej regularności wpisów.
A tak na marginesie podam, że za cały sierpień na blogu udało się zarobić kwotę ponad 25 dolarów, która jest dość dobrym odzwierciedleniem ilości czasu wkładanego przeze mnie w realizację projektu mjps.pl
Jako, że o sobie nie bardzo mam co pisać (a smutów walić nie chcę; polecam natomiast bardzo krótką zapowiedź dłuższej relacji dotyczącej konferencji o MVNO i prawie z nim związanym) – a o sukcesach innych nie będę pisać (ot, taka natura Polaka) :)
No więc – tym razem chciałem napisać o muzyce – czyli polecić pewną płytę. Odkryta zupełnie przypadkiem – i nawet coś już na jej temat pisałem na blogu przy okazji relacji z Coke Live Music Festival 2008. Otóż, płyta nosi nazwę TPWC (skrót od Teraz Pieniądz w Cenie) i nagrana została niecały rok temu przed dwóch gwiazdorów obecnego lata, czyli Sokoła i Pono.
Co mogę powiedzieć o płycie? Pomimo, że nie lubię hiphopu (tudzież jakkolwiek nazywa się ten nawijany gatunek muzyki na płycie zaprezentowany), po prostu podoba mi się. Bardzo fajnie jest zrobiona muzycznie – dźwięki naprawdę nie są po raz kolejny wykorzystanym zestawem akordów F G C a. Teksty jakie są, takie są. Jest to – jak słusznie zauważyła Paulina – gatunek tekstów emo w kapturach, niemniej widać też od razu, że to takie chłopaki z osiedla :) cóż więcej powiedzieć – zainteresowanym – w ramach dozwolonego użytku z art. 23 ust. 2 Prawa Autorskiego płytkę mogę udostępnić (także w formie online) – i zachęcam do Waszego feedbacku na temat płyty.
m.
A tak na marginesie podam, że za cały sierpień na blogu udało się zarobić kwotę ponad 25 dolarów, która jest dość dobrym odzwierciedleniem ilości czasu wkładanego przeze mnie w realizację projektu mjps.pl
Jako, że o sobie nie bardzo mam co pisać (a smutów walić nie chcę; polecam natomiast bardzo krótką zapowiedź dłuższej relacji dotyczącej konferencji o MVNO i prawie z nim związanym) – a o sukcesach innych nie będę pisać (ot, taka natura Polaka) :)
No więc – tym razem chciałem napisać o muzyce – czyli polecić pewną płytę. Odkryta zupełnie przypadkiem – i nawet coś już na jej temat pisałem na blogu przy okazji relacji z Coke Live Music Festival 2008. Otóż, płyta nosi nazwę TPWC (skrót od Teraz Pieniądz w Cenie) i nagrana została niecały rok temu przed dwóch gwiazdorów obecnego lata, czyli Sokoła i Pono.
Co mogę powiedzieć o płycie? Pomimo, że nie lubię hiphopu (tudzież jakkolwiek nazywa się ten nawijany gatunek muzyki na płycie zaprezentowany), po prostu podoba mi się. Bardzo fajnie jest zrobiona muzycznie – dźwięki naprawdę nie są po raz kolejny wykorzystanym zestawem akordów F G C a. Teksty jakie są, takie są. Jest to – jak słusznie zauważyła Paulina – gatunek tekstów emo w kapturach, niemniej widać też od razu, że to takie chłopaki z osiedla :) cóż więcej powiedzieć – zainteresowanym – w ramach dozwolonego użytku z art. 23 ust. 2 Prawa Autorskiego płytkę mogę udostępnić (także w formie online) – i zachęcam do Waszego feedbacku na temat płyty.
m.
środa, września 03, 2008
Powrót na stare śmiecie
Po ponad 4 latach wrócę do Wielkiego Londona - oczywicie w odwiedziny do będącego już tam hohhhohho emigranta z Osiedla Zachód.

Będzie się działo - tak jak wstrząsnelismy Paryżem, tak i wstrząsniemy Wielkim Londonem!
m.

Będzie się działo - tak jak wstrząsnelismy Paryżem, tak i wstrząsniemy Wielkim Londonem!
m.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)