sobota, listopada 03, 2007

Wycieczka do Fontainebleau

Kolejnym łupem naszej ciekawości Francji było


a dokładniej – Zamek w Fontainebleau.

Pobudka wcześnie rano (7 20 to morderstwo), szybkie śniadanie (najszybsze w wykonaniu Krzysia – czyli lardon strzelający po oczach z jajecznicą) – i na dworcu. No dobra – przesadziłem – tak szybko się to nie odbyło. Najpierw 14 (metro bez maszynisty) na Gare de Lyon. A tu totalne zdziwienie – na peronie rosną rośliny jak w niejednej oranżerii...




No więc, na dworcu :)


Następnie 45 min jazdy pociągiem...


... parę chwil autobusem i byliśmy na miejscu.


Jak zresztą widać – humory raczej dopisywały :) (a przynajmniej mi :P)


Zamek – jak to zamek. W środku niewiele okazów wartych mojej ciekawości – no może poza cudnym wielkim łożem Napoleona III.


No i może jeszcze tron :) – bo jednak zawsze miałem jakieś zapędy do rządzenia :P


Innym elementem – który momentalnie rzucił mi się w oczy – to zniszczony eksponat muzealny. Tym razem jakieś niezbyt ładne krzesło...


... no niemniej byłem dość zdziwiony. Sporo już tutaj widziałem – ale nigdy w życiu takiej fuszerki. Cóż – najlepszym się zdarza... Na szczęście zdecydowanie ciekawsza część wycieczki miała miejsce pod pochmurnym jesiennym niebem :)

Co natomiast było interesujące – to możliwość doskonalenia znajomości francuskiego za pomocą Audioguide’a. Niby zwykły głos przewodnika nagrany na instrument o kształcie komórki z początku lat 90tych – a tyle sprawił nam uciechy :P


Najpierw nad sadzawkę – gdzie przy cesarskiej rezydencji pasły się (i naprawdę upasły) kilkukilogramowe karpie.


Pływały stadami zaraz przy brzegu...


... i tylko czekały, aby kolejni turyści sprezentowali im kawałek chleba (lub jakiegoś innego smakołyka). My nie daliśmy – a wszystko dzięki uporowi dysponentki chleba – paparazze Mał(ej)gosi (jak się później okazało, jej stanowcza odmowa była dla naszych pustych żołądków zbawienna...).

Potem – wojna ptactwa...


Nie chciałbym być fałszywym prorokiem (szczególnie jeśli chodzi o polską scenę polityczną) – ale spójrzcie, jak owa wojna się skończyła...



Kaczka dorwała się do koryta, puściła w ucieczkę (z inną kaczką – bliźniaczo do niej podobną...) i na koniec skonsumowała łupy. A walczyła z dużo większymi od siebie...

Następnie krótki spacer w bliżej nieokreślonym kierunku, kilka wspólnych fot grupowych i indywidualnych (tudzież w podgrupach) na tle zamku...





... parę zdjęć z gatunku różne...



... i dotarliśmy do ławki :),



...gdzie kanapki z tuńczykiem smakowały wyśmienicie :)



To, co naprawdę nam się udało, to kolory jesieni. Mam wrażenie, że jesienna pogoda, na jaką trafiliśmy, była po prostu idealna dla tamtych okolic. Co, jak co – ale wszystko było idealnie zgrane.


Jedno niestety jest smutne – i widać to po liściach wśród drzew (zresztą nie tylko na drzewach...).


Jesień prawdziwie w pełni...



M.

PS: Specjalne podziękowania dla naszej uroczej paparazza :)


A na zakończenie, zdjęcie z przyszłości, z moim autem :)

piątek, listopada 02, 2007

Podziękowanie

Załoga sklepu G20 Supermarche
Porte de Clichy
75017 Paris

Szanowni Państwo

Mieszkańcy Stacji Naukowej Polskiej Akademii Nauk w osobach Marcina, Witka, Adama, Pauliny oraz Agaty przy współudziale Roberta pragną Państwu bardzo serdecznie podziękować za zorganizowanie promocji polskiej wódki Sobieski (poj. 0,7l, „une achete, un gratuite”).

Wyrażamy nasze głębokie uznanie dla Państwa olbrzymiej determinacji dla promocji kultury polskiej. Państwa wysiłek jest tym bardziej godny naśladowania, iż podobne akcje w Paryżu należą do rzadkości.

Życząc Państwu równie dobrych pomysłów, jako dowód naszej wdzięczności w załączeniu przesyłamy Państwu kilka zdjęć wykonanych przy okazji konsumpcji wódki Sobieski zakupionej w Państwa sklepie. Jednocześnie, deklarujemy naszą szczerą chęć uczestnictwa w dalszych promocjach produktów polskiego pochodzenia.

Z wyrazami szacunku

Marcin, Witek, Adam, Paulina, Agata, Robert




(od autora: pozostała część zdjęć z powyższej imprezy nie przeszła autocenzury; zdjęcia te mogą zostać otrzymane od autora bloga wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody osób, których wizerunek został na nich utrwalony)


(komentarz własny MJPS: autorzy listu w trakcie oglądania powyższej strony internetowej)

środa, października 31, 2007

Halloween A.D.2007

Co prawda 31 października dla zdecydowanej większości Polaków kojarzyć się będzie z drogową akcją „Znicz” i wyjazdem na 1 listopada – ale nam – członkom PANu A.D. 2007 – kojarzyć się będzie z bardzo dużą akcją Halloween.

Sprzeciwiliśmy się amerykanizacji kultury polskiej – stąd brak dyni – ale i tak zabawa była iście szampańska! Zresztą – jakże mogłaby ona nie być taka – skoro Muscador (jak wszyscy wiedzą – marka, której jestem w PANie ambasadorem :)) lał się strumieniami. Poza ekipą PANowską – dołączyło do nas parę osób – Małgorzata z Jakubem oraz Agnieszka z Antonisem. Po połączeniu sił – rozpoczęliśmy wyprawę :)

Najpierw wzdłuż Avenue de Clichy – czyli obok Moulin Rouge...


... i dzielnicy czerwonych latarni.


Tym razem poszczęściło mi się – i to znacznie. W jaki sposób? To spójrzcie, jakiego lachona wyrwałem :)


Potem Sacre Coeur. Nietykalność cielesna dziennikarzy jest przez mnie respektowana, ale w przypadku jednej takiej małej paparazza pozwoliłem sobie zrobić wyjątek :)


Zresztą – nieźle mi się potem oberwało. Nawet zdjęcie wyszło mocno niewyraźne...


Publikację reszty zdjęć sobie odpuszczę. Ze względów różnych. Część osób w trakcie wyprawy mocno nadużywała języka (winni wiedzą, o co chodzi :P), inni troszkę nadużyli gościny. Niemniej – wszystko dobrze, co się dobrze kończy :)

M.

poniedziałek, października 29, 2007

Październik się kończy...

Troszkę się rozleniwiłem przez ostatnie 2 tygodnie. Co prawda robię coraz więcej: zajęcia się na uczelni zaczęły, choć „banda nierobów” :P i tak co chwilę coś odwołuje), czytuję sobie co nieco gazetki itp., niemniej na blogu się całkowicie opuściłem. A działo się sporo.

Najpierw była wizyta w katakumbach – czyli podziemnych korytarzach z kości.




Śmierdziało dość mocno, aczkolwiek dobrze zobaczyć, jak bardzo inwestuje się tutaj w turystykę i atrakcje dla przyjezdnych.

Tego samego dni udaliśmy się na wspólny posiłek (nota bene, poza deserem był dość ohydny...) do Paryskiej stołówki studenckiej.

Potem – wizyta w paryskim China Town. Nadzieje były wielkie – ale ponownie – mocno przereklamowane. Owszem, sklepy i wiele napisów po chińsku, sporo żółtych na ulicach – ale jednak żeby nazywać to „Małym Pekinem” – to już przesada. Od reszty Paryża najmocniej odróżniało się to wyłącznie zapachami (z jednej strony stary olej, z drugiej – przyprawy...) i dość ciekawymi budynkami.




W innych częściach miasta jednak takie budynki są raczej niespotykane. Pomimo, że wyglądają bardzo socjalistycznie – poza zapachami to właśnie te wieżowce z betonu najbardziej mi się podobały (może dlatego, że wyglądały tak swojsko, nowohucko :P).


Na sam koniec spacerek po Paryżu...


Poszukiwania Hotel Lambert (nie znaleźliśmy; wielki minus dla Polski, że nie jest robione nic, żeby spopularyzować go)

Wieczorem impreza. Nie byle jaka – bo naprawdę byli wszyscy (poza jedną chorowitą Panią o głosie Himmilsbacha :P). Oj – była jazda! Tańce śpiewy, zdjęcia rozwodowe i kwity na prawie każdego :) A potem wielkie sprzątania – i zdjęcie bez komentarza :P


Przy okazji – udało mi się też spotkać z koleżanką Katarzyną K. I zaliczyć karuzelę na Place de la Concorde (zdjęcia później...).

Przechodząc do niedzieli – ciężki dzień :D Poza tym – wybory. Mobilizacja olbrzymia itp. Zobaczymy – co ta mobilizacja przyniesie.

W tygodniu generalnie odpoczywaliśmy. Naprawdę chwila odpoczynku się przydała. NA szczęście przyszedł weekend i w końcu można było trochę wypocząć. Niestety – mobilizacja była dość słaba – bo z całej PANowskiej ekipy stałych uczestników spotkania pod wieżą


było 2 (włączając w to mnie). No nic – liczymy oczywiście liczymy, że towarzystwo się rozkręci.
No i tak nam płynie czas. Motywy przewodnie:

Jezus Jezus Jezus – Alleluja

oraz

Pewnie nie wiesz, ale mam to po komunie”, czyli „tej tej – same chore słowa, po których puchnie głowa”.
Bułgarskie Centrum Chujozy

M.

piątek, października 19, 2007

Pierwszy miesiąc

Dzisiejszego dnia minął okrągły miesiąc, od kiedy po raz pierwszy pojawiłem się na 11-15 rue Lamande. Wzruszających podsumowań nie będzie, za to szampan wieczorem (tradycyjny Muscador, moja marka) jak najbardziej :P

M.

środa, października 17, 2007

Bohaterowie PANu – czyli kwiat tego kraju na paryskim bruku :P

Po wielu prośbach od czytelników, chyba nadeszła pora przedstawić współtowarzyszy broni :) Mam nadzieję, że nikt się bardzo mocno nie obrazi (poczynając od kolejności, przez krótki opis a na zdjęciu kończąc). Parę osób niestety nie pojawia się w moim arsenale zdjęć, więc niestety, niezbyt mogę się pochwalić ich wizerunkiem. W razie potrzeby – prosimy o przesłanie zdjęcia na adres po prawej :P Żeby nie było – że jest nam tutaj tak kolorowo – zdjęcia czarno – białe.


Adam
Człowiek, który przyjechał do Paryża podmuchać w kulki. Realizując własne plany gotów posunąć się do najohydniejszych szantaży. Przedstawiciele PW. Wewnętrzny 308.


Witek (zwany też „tym słynnym Witkiem”)
Na co dzień zajmuje się rurami, amator historii i zabytków wszelkiej maści. Kolejny reprezentant PW. Wewnętrzny (obecnie) 309


Justyna
Trochę na uboczu – aczkolwiek na imprezy przychodzi :) Pragnienie loda z McDonalds'a jest dla niej silniejsze niż wieczorna ulewa. Chwilowo członek personelu Ambasady Polskiej w Paryżu, poza Paryżem grzeczna studentka dwóch fakultetów.


Paulina (zwana czasem Pauliną od Kulek)
Na olbrzymi szacunek zasłużyła determinacją i przygodami w dniu (nocy?:P) wyjazdu na wesele. Fanatyk nutelli. Ekipa z SGH-u.


Agnieszka
Współtowarzysz prawnik. Fanatyk rowerów, sztuki w postaci obrazów (broń Boże innej:P, a już na pewno nie przedmiotów życia codziennego) i zdrowego jedzenia. Osoba o bardzo wygórowanych ambicjach i jeszcze lepszych ocenach :)


Arnika
Kobieta bardzo zaborcza (a przynajmniej sama tak twierdzi), jedyny przedstawiciel UMK. Stworzyła legendę „słynnego Witka”, przy okazji myląc mnie z nim :P.


Agata (znana również jako „Agata od biologii”, a ściślej – od genetyki)
W PANie mieszkała „od zawsze”, a nadal końca nie widać. Nie omija żadnej imprezy (wzorowy uczestnik). Czeka na moment, gdy po powrocie z pracy „na stole będzie stał obiad”.


Krzysiek
Miejscowy „nauczacz” (w języku gligli słowo to oznacza nauczyciela). Śpi mało, za kołnierz nie wylewa, a bigos najbardziej smakuje mu na krawężniku pod Simplem w towarzystwie miejscowej arystokracji. Ekipa SGH.