poniedziałek, października 13, 2008

Szczyt szczytów

Wiele rzeczy widziałem już w moich cudownych blogowych statystykach, jak ludzie trafiają na bloga – ale dziś absolutnie umarłem. Nawet nie napiszę tekstu wpisanego przez pewnego osobnika w Google – po prostu spójrzcie na screena poniżej – tekst wpisany do Google na zielono. Jakim cudem ktoś w ten sposób trafił na bloga – Wielce Nam Panujący Google raczy jedynie wiedzieć :P

chętnie zrobię każdemu loda

m.

niedziela, października 12, 2008

Rzetelność i uczciwość dziennikarstwa internetowego

Coraz bardziej denerwuje mnie Onet. Po zmianie designu strony głównej mam wrażenie, że zmienili też politykę nadawania artykułom tytułów. Wszystko pachnie mi tanią sensacją i podejściem do sprawy a la Super Express i Fakt – o czym zresztą pisałem już przy okazji cudownych newsów :P

Tym razem nagłówek brzmiał – „Dostanie 12 lat więzienia za 6 zł i 3 szyby?”. Czyli – przynajmniej w moim odczuciu – jakaś totalna sensacja. Za 6 zł na 12 lat do więzienia? Przecież w tym kraju wszystko przewraca się do góry nogami! Jak można komuś na 12 lat zniszczyć życie przez głupie 6 złotych ??!!? No więc klikam i czytam dalej…

I co się okazuje? Że wymiar sprawiedliwości uwziął się na biednego dziewiętnastolatka, który napadł na 60-latka, zabrał mu wszystkie posiadane pieniądze (pech chciał – choć może to i dobrze - tylko 6 zł), uderzył 3 razy pięścią w tył głowy – a gdy okazało się, że ofiara nie ma więcej pieni, rozbił dodatkowo 3 szyby w jego mieszkaniu. Zagroził też, że spali mężczyźnie mieszkanie, jeśli ten zawiadomi o zdarzeniu policję. Okazało się, że biedna ofiara zgnilizny moralnej kapitalizmu miała 1,6 promila…

I co – adekwatny nagłówek do treści? Nie ma to, jak zwabić ludzi do swoich tekstów absolutnie sensacyjnym – i zupełnie nieadekwatnym – nagłówkiem. Powiem szczerze – wkurza mnie to!

m.

Amerykański spot wyborczy

Jak dla mnie absolutny odjazd - wykorzystali tutaj chyba absolutnie wszystki metody socjotechniczn - natomiast absolutnie z glowa. Naprawdę niezły pomysł :)

czwartek, października 09, 2008

Charles Pierre Baudelaire - Spleen II


Kiedy niebo, jak ciężka z ołowiu pokrywa,
Miażdży umysł złej nudzie wydany na łup,
Gdy spoza chmur zasłony szare światło spływa,
światło dnia smutniejszego niźli nocy grób;

Kiedy ziemia w wilgotne zmienia się więzienie,
Skąd ucieka nadzieja, ten płochliwy stwór,
Jak nietoperz, gdy głową tłukąc o sklepienie,
Rozbija się bezradnie o spleśniały mur;

Gdy deszcz robi ze świata olbrzymi kryminał
I kraty naśladują gęstwę wodnych smug,
I w mym mózgu swe lepkie sieci porozpinał
Lud oślizgłych pająków - najwstrętniejszy wróg;

Dzwony nagle z wściekłością dziką się rozdzwonią,
śląc do nieba rozpaczą szalejący głos
Jak duchy potępieńców, co od światła stronią
I nocami się skarżą na swój straszny los.

A w duszy mej pogrzeby bez orkiestr się wloką,
W martwej ciszy - nadziei tylko słychać jęk,
Na łbie zaś mym schylonym, w triumfie wysoko,
Czarny sztandar zatyka groźny tyran - Lęk.



Znów pozwalam sobie na mały cytat z literatury. Tym razem zupełnie niewymuszony sytuacją i nastrojem – ale tak po prostu, bo jest to jeden z elementów mojej nauki w liceum, który pamiętam do dziś. A imię jego Spleen 2, a napisany przez Charles’a Baudelaire’a. Dlaczego tak wspominam ten wiersz? Bo oczywiście za cholerę nie pamiętam o co w nim chodzi… Ano dlatego, że zawsze dobijała mnie interpretacja poezji na ocenę. Jakiś koszmar – i nie wiem, kto to wymyślił. Po prostu powiedzieć, co dokładnie autor miał n myśli. W tym przypadku chyba nic – choć Spleen 2 to ikona romantyzmu. A jednak – za łączną interpretację (a raczej – odtworzenie tego, co udało mi się przeczytać w czarnym podręczniku do polskiego w omówieniach wierszy) Spleena i Albatrosa – zaraz na drugiej lekcji w 3 klasie – dostałem minus cztery. To były czasy!!! :P

m.

środa, października 08, 2008

Nie możemy sprzedać polskiej ziemi, bo ziemia to nasza matka, a matki się nie sprzedaje...

Proszę, Ci którzy czytają bloga - nie dodawajcie na n-k zdjęć takich jak to...

Bo matki się nie sprzedaje...

m.

[UPDATED] - dla tych, którzy nie pojmują powodu mojej prosby - dosc szczegółowo starałem się to uzasadnić dwa posty temu...

wtorek, października 07, 2008

Jelonki na rykowisku (aczkolwiek bez gitary)

Ze sporym opóźnienie – ale w końcu udało się :) w ogóle – ostatnimi dniami śpię po 10h i mam wrażenie, że każde 10 min wyrwane mi z objęć morfeusza oznaczałoby dla mnie tragedię… więc chodzę spać o 23, a wstaję o 9…

Ale wracając do relacji… Jak już pisałem – sobotni poranek był naprawdę ciężkim przeżyciem. Szczególnie dla mnie. I to wcale nie chodzi o zakupy z Gosią :P, ale najzwyczajniej w świecie o stan ducha. A po piątkowej imprezie w stylu włoskim było z moich duchem naprawdę krucho.

No więc – najpierw śniadanie, na które w piątkową noc zarządziłem po 3 parówki dla każdego (jak już nieraz mówiłem – po pijaku nie pytajcie się mnie o nic – ani jak Wy jesteście po pijaku, ani jak ja :P). Co prawda na raty razem z niedzielnym śniadaniem – ale daliśmy radę :) potem paintball – ale najpierw trzeba było tam dojechać. Niby prosta sprawa – ale padł pomysł pojechania tam samochodem. Dalej ok. – przy czym było nas 6 osób.., No więc wymyśliliśmy (a w zasadzie to ja – oczywiście znowu po pijaku:P) takie rozwiązanie…



Paintball był niezły – w starej opuszczonej szkole (wyglądała jak kędzierzyńska jedenastka), piwnia, parter i pierwsze piętro. Po ostrzeżeniach bardziej zaprawionych w boju ubrałem się (a w zasadzie to wszyscy) jak na sybir – żeby mniej bolało kulką. No więc – dostawałem za każdym razem – i ani znaku nie miałem na sobie. Co prawda ja tam mocno gruboskórny jestem – a i odzieży na mnie było sporo – ale absolutnie zero bólu. To już pistolety na plastikowe żółte kulki (jak one się nazywały…?) strzelają mocniej. :) ale najważniejsze to to, że nasza wyprawa była najzwyczajniej w świecie klasycznym eventem teambuildingowym (cudna nowomowa:P) – co widać na załączonym obrazku

CzernyTeam jako Drużyna A


Zresztą – co do paintballu – spójrzcie, jak się dumnie prezentowałem :P normalnie – zdjęcie paszportowe :P



Po paintballu były piłkarzyki – i to była zabawa (przynajmniej dla niektórych) wcale niezgorsza niż paintball




Przed naszą CzernoTeamową imprezą dokonaliśmy jeszcze pewnej małej przeprowadzki, porobiliśmy foty na balkonie wieżowca z widokiem na centrum – i skonsumowaliśmy spaghetti ze słodki sosem bolońskim (takie rzeczy tylko w biedronce :P).






Poza tym Gosia musiała oczywiscie zaczepić biednego pieska o wyglądzie Davida Bowie (oczywiście o oczy chodzi :P)


a już w drodze powrotnej na nasze rykowisko odbyła się wieśniacka próba odsłuchania całej muzy z komóry Pauliny :P


No i nastał wieczór – a wraz z nim oczywiście obowiązkowo grill. Poza tym – jako, że impreza zapowiadana była jako opóźnione urodziny Zuzy (choć jubilatka sobie o tej deklaracji zapomniała :P – na szczęście my nie zapomnieliśmy :)) – więc oczywiście było chóralne odśpiewanie stolat i obowiązkowy torcik z tyloma świeczkami, ile ukończonych latek (tudzież – jak to powiedziała pewna Królowa Lodów :P – tyle świeczek, ile było w pudełku).



Potem impreza, na której działy się cuda. Krzysio lał po własnych rękach, po czym zrobił się czerwony jak burak



Mariusz co prawda po rękach nie lał ani sobie, ani Krzysiowi – ale jak zobaczył kolor purpury u Krzysia na twarzy – to z zazdrości zbielał jak papier.


Nasz zębograjek (zwany też później Synem Mokotowa:P) zaczął już nawet habilitację – mając ledwo inżyniera skończonego.


Dowiedzieliśmy się też wtedy o odstępstwach od normy w języku kaszubskim – a także omówiliśmy dogłębnie kwestie relacji pomiędzy różnymi kulturami (interracial matters). Część osób nie konsumowała żadnych używek – co też i widać na fotach :P


A na sam koniec Krzyś się obraził, że nie pozwolono mu iść posprzątać ogrodu :P



Piątek był już dniem całkiem spokojnym – jak zwykle grzecznie pożegnaliśmy się i na rozstaju dróg ruszyliśmy każdy w swoją stronę



m.

PS: A już na sam koniec – oczywiście nie odmówię sobie wskazania przykładu, że istnieją jeszcze na tym świecie kobiety idealne. Nie dość, że ładne, mądre, inteligentne – to jeszcze znają porządek tego świata i wiedzą, że ich miejsce jest…

sobota, października 04, 2008

Słów kilka o komunistycznych protestach

Już w środę chciałem o tym napisać, bo wtedy właśnie pojawiło się na naszej klasie ogłoszenie, że część usług, która do tej pory była bezpłatna, nagle staje się płatna. I to nie chodzi o usługi podstawowe – ot po prostu – informacja, kto kiedyś oglądał nasz profil.


I nagle pojawiło się oburzenie naszoklasowiczów. Że to nieuczciwe, że to – co kiedyś było za darmo – powinno takie być. Pojawiły się też argumenty dotyczące renomy – nasza-klasa to nie fotka.pl (bądź co bądź – argument emocjonalny), że zostaliśmy oszukani (sugeruje nieuczciwość)...

Dla mnie wszelkie te apele są absolutnie śmieszne – i jednak żenujące. Czy skoro wejście do autobusu komunikacji miejskiej jest możliwe za darmo – i nawet czasem jazda z klimą nam wypadnie – to oznacza to, że nikt za to nie płaci. Czy każdy myśli, że cały sprzęt, na którym zainstalowana jest nasza klasa i miliony zdjęć użytkowników – jest za darmo, działa na powietrze i nie potrzebuje obsługi ze strony człowieka? Czy ktoś myślał, że nasza-klasa to jest coś dobroczynnego?

„Początkowe wizje portalu były inne...”. Ale o których wizjach mówimy? A może – skoro na moim blogu pojawiły się reklamy – to on też staje się fotka.pl? Że zaprzedajemy się mamonie?? Wszystkie te argumenty w stylu Leppera – nie możemy oddać naszej ziemi obcokrajowcow, bo ziemia to nasza matka rodzicielka – a matki się nie sprzedaje...

m.

czwartek, października 02, 2008

Rozterki na progu nowego roku akademickiego...

"... i jak ja stanę przed Bogiem? Czy Bogami może? Co będę prezentował gdy przestanę być? Jaki będę miał bilans? Jakie winien i ma? Humanista bez łaciny i greki, inteligent bez choćby angielskiego, rosyjski słabo i w razie czego danke schoon, z ledwie liźniętą rodzimą klasyką, która mnie zresztą żenuje i nudzi, z nieprzeczytaną Biblią, ledwie zaczętym Proustem, Joycem, bez obejrzanych teatrów i filmów, bez prawie wszystkiego zresztą czego nie było w telewizji, z niezbudowanym domem, niezasadzonym drzewem..."


co prawda warunki legalizujące prawo cytatu niespełnione przeze mnie zostały - ale trudno - w imię wyższych celów :)

m.

środa, października 01, 2008

Mowa potoczna Warszawiaków

Niby stolica, niby centrum Polski, niby sami wykształceni, światowi ludzie – a jednak wieśniaki :P bez obrazy – ale jednak nie mogłem się powstrzymać :) dlaczego? Oczywiście wszystko sprowadzam do poziomu języka (choć pewnie Zuza miałaby na to na pewno jakieś fachowe wytłumaczenie) – czyli pokaż mi swoją mowę codzienną, a powiem Ci jakim jesteś człowiekiem :) sam z pewnością mówią w sposób istotnie niepoprawny – ale chyba jednak nie przeginam (no, może poza mówienie „Se” i „żeśmy” :P – ale to tylko po pracy :)).

Po pierwsze – nazwa jednej ze stacji warszawskiego metra i dość znanego placu w Warszawie. Plac Wilsona , który nazwę swą wziął od prezydenta USA z czasów pierwszej wojny światowej – Woodrowa Wilsona (czyt. łudroła łilsona; lol, hardocre :P). no i jak ów nazwę wymawiają warszawiacy (łącznie ze spikerem z metra – przynajmniej w nieodległej przeszłości – bo ostatnio nie jeździłem). Plac Wilsona – czytany po polsku. No jakiś koszmar. To tak, jakby zatwardziałemu bawarskiemu Niemcowi dać do przeczytania romantyczne sonety Petrarki w oryginale. Absolutna masakra!

Po drugie – kolejny raz odwołanie do przystanku – bo tylko w komunikacji miejskiej mogę poznać prawdziwy, nie skażony etykietą język. Przystanek tramwajowy o wdzięcznej nazwie „Hala Wola”. Nie to, że jest to jakaś absolutnie fantazyjna – absolutnie nie. Zwyczajnie – koło przystanku znajduje się dość spory obiekt handlowy (hala), który tak się właśnie zowie. I teraz krótki cytat z podsłuchanej (choć może raczej zasłyszanej, bo nie miałem celu podsłuchiwania) rozmowy telefonicznej pewnej pani. „W tramwaju. [słucha]. Wiesz co, właśnie jestem na HalaWola, więc za jakieś 20 min.” Czyż nie słodko? Takie wieśniactwo do kwadratu :)

m.

PS: mam nadzieję, że za inwektywy w postaci wieśniactwa nie obrażą się na mnie rodowici Warszawiacy – z Synem Mokotowa na czele :P

Włoska kolacja CzernyTeamu – czyli casting pearls before swines :P

Bez wdawania się w szczegóły – że to kolejny raz, że było fajnie, że znowu trzeba było odsypiać, że znowu było nas więcej i że kolejne osoby włączyliśmy w krąg CzernyTeamu, po prostu krótka relacja jak było .Opowieść jak zwykle bardzo wybiórcza (proszę bez komentarzy, że wpisy są zadziwiająco szczegółowe w odniesieniu do niektórych rzeczy – a inne kwestie zupełnie pomijają), bo ja mam pamięć fotograficzną :P czyli nie mam zdjęć – to i nie przypomnę sobie wszystkich momentów :)

Ale zaczynając – w piątek przybylimy do Zuzy. Mieszka strasznie daleko, niedaleko Hala Wola (o tym next time:P), w pobliżu ma zarówno całodobowy, jak i moją ulubioną ostatnio Biedronkę :) no ale – oczywiście byłem pierwszy – i wyszedłem jako ostatni (znaczy się - przez drzwi wyszedłem ostatni – bo ze mną Zuzowe komnaty opuszczało jeszcze parę osób), jak to zazwyczaj bywa. No więc – najpierw od chałupy zacznijmy. Jak to mawiają kozacy z Ursynowa – hardcore! Naprawdę, salony niezłe :) z barankami na ścianach i sufitach i ciemnej drewnianej boazerii i wyposażeniu kuchnio-salonu :)
Jak dotarłem – oczy wyszły mi z orbit. Stół naszykowany był jak na… nie wiem nawet co :P bo na wesela się tak stołów nie szykuje :P i Zuza zapomniała, że zaprosiła CzernyTeam, a nie rząd Republiki Francuskiej :p anyway – poczułem się jak ktoś ważny – aż mi głupio było, że krawata nie założyłem…

No więc – jak już wszyscy się skupiliśmy – to zaczęło się. Zupa grzybowa z filiżankach (a ja – na własne życzenie – w talerzu), lasagne itp. No i tak sobie posiedzieliśmy do jakoś 2 czy 3 :) w sumie, to nawet nie wiem do której – bo było mi dość „wesoło” :)

Drugi dzień to straszliwa pobudka, myśli samobójcze z powodu ociężałości umysłu i żołądka i zakupy. Jako, że ktoś (Paulina!) stwierdził, że kiedyś już byłem rano na zakupach skoro świt – to mogę to zrobić raz jeszcze. Nie powiem, że byłem bardzo szczęśliwy – ale przynajmniej wrobiłem też Gosię :P no więc, na zakupach zabrałem się do obserwacji :P doszedłem do jednego wniosku, drugi usłyszałem od empatycznego pana stojącego w kolejce. Pierwsza to taka, że puszczenie samej kobiety na zakupy oznacza m.in. rozważania na zapachem dezodorantu dla facetów (jakby któregoś do obchodziło), analizowanie składników każdej sałatki i surówki, rozprawianie z koleżanką nt. niezbędności fasolki szparagowej i mnóstwo problemów typu „a może inna kapusta”, „a może dwie cebule czerwone i dwie białe” etc. Jeśli chcecie mieć trochę spokoju – dajcie kobiecie kasę, rzućcie z głowy ze 3 typy potraw nie wymieniając składników i zadbajcie o wyłączenie własnego telefonu :P(ooo, rozładował się…). 5h spokoju absolutnie gwarantowane :P

Drugie spostrzeżenie (info od Pana z kolejki) jest takie, że niezależnie od ilości siatek, może i ruchliwość kobiety jest ograniczona, ale na obrotności – w sensie umiejętności wypowiedzenia magicznego „daj mi pieniądze” :P – kobieta z pewnością nie traci :P Ot i męski los… :)

No więc jak już zjedliśmy (uwaga do wszystkich – po pijaku nie pytajcie mnie, ile można zjeść na śniadanie :P), udaliśmy się do miasta. Pojechaliśmy samochodem, przy czym część na siedząco (tradycyjnie, nudziarze i cykory), a część w pozycji „na walizkę”. No comment :P

I w tym mieście – jak to przedstawiciele naszej klasy CzernyTeamu – udaliśmy się na nauki do szkoły. A jak! Sobota, nie-sobota – my tam chcieliśmy się pouczyć. A że skończyło się jak w amerykańskich czy szwedzkich – czyli strzelaniną wszystkich do wszystkich – no cóż. Każdy jakoś musi wyładować frustracje życia codziennego :)

I to na tyle na dziś – reszta relacji jutro.

m.