poniedziałek, lipca 14, 2008

Kolejna magisterska...

Kolejna impreza z cyklu magisterskie – tym razem okiem obiektywu. Co prawda nie zabawiłem zbyt długo – bo jakieś badziewie popsuło mi ogólne samopoczucie – niemniej parę fotek się nada. Bez żadnego wprowadzania – ot tak po prostu kilka fot :)
Główny gość wieczoru (nie mylić z honorowym, czyli ze mną :))


Gospodyni :)


Kolejna magisterka :)


Z tej ładniejszej strony


Tango – i zawistny wzrok wrony :P


Cóż za balety – wniebowzięta Paulina :)


Wywijane obie na raz – czyli Anita i Paulina


W kuchnie z zamazanym wzrokiem – to pewnie przez te dwie brunetki :P


Z jedzeniem Pani Mecenas :)


Mistrzowie drugiego planu – na tym zdjęciu na drugim planie dzieje się więcej, niż na pierwszym :)


Tarantula w palcach…


…i w zębach :)


Pani mecenas i – jak się to sama określiła – rasowa lodziara… :)


Tego już nie doczekałem – żurek a la natalia w.


Jak zwykle prawię o życiowych mądrościach…



I tyle :)

m.

niedziela, lipca 06, 2008

Weekend w Buczkowicach cz. I

Jako, że nie samą pracą człowiek żyje, to w międzyczasie przygotowywania różnego rodzaju tworów literacko artystycznych z prawa staram się korzystać z życia… No więc – tym razem wycieczka w beskidy, a dokładniej na żywiecczyznę – Buczkowice, czyli po raz kolejny zlot PAN-Paryżan.
Wszystko działo się z inicjatywy Pauliny


(której fotkę z innej okazji znalazłem na własnym kompie)
dzięki urodzinom jej taty – co skutkowało tym, że nasza noclegowania była wolna i dostępna. No więc, zjechaliśmy z Krakowa, Siemianowic, Warszawy/Łodzi i Kartuz – a więc nie wyliczając – z całej Polski :)

Jednym z podstawowych elementów całej wyprawy było jedzenie. Najpierw megaburgery i inna wariacje z nimi związane (hamburgery, bigburgery, knysze) i główne pytanie aborygenów w wieku gimanzjalnym w miejscu produkcji powyższych przysmaków „Czy ma Pani trochę sreberka”? Oczywiście, Pani sprzedające w ciemię bita nie była, i zaczęła straszyć policją, kryzczeć, że wie po co gimnazjalistom o 23 wieczorem „trochę sreberka”, i że to że jest stara, to jeszcze nic nie znaczy :)


Następnie wyprawa do buczkowic z Panem Taksówkarzem, który targował się o każde potencjalne 10% ceny dogadywanego kursu (oczywiście paragonu nie wybił:P) – ale dojechalymy w okolicach 3 rano. Dojechalymy na miejsce – pozwiedzaliśmy naszą miejscówę (a było co zwiedzać, o czym dalej) – i jedni się rozsiedli, a inni otworzyli laptopy i kontynuowali pracę umysłową…


Day1 skończył się późno – ale co tam – ptaszki rano o 6 bardzo ładnie śpiewają :)

Day2
Domek otwarty z poziomu piętra – więc wszelkie zapachy z kuchni zostały wyłapane, i moja jajecznica nie mogła przejść niezauważona.



W sumie, gdy ja zasuwałem z jajecznicą, inni trochę inaczej spędzali czas…


Jak wspominałem, tematem przewodnim było jedzenie – czyli śniadanie oczywiście na tarasie (nie, nie na trawie, bo mokra była…).




I jak pojedliśmy, to następnie chwila relaksu…




(tutaj przy czymś, co nazywało się “rurka z kremem”; inna sprawa, jak to zostało sfotografowane…)


…wycieczka do sklepu, gdzie po drodze zobaczyliśmy dom bez okien obity azbestem :P


…i takie tam.



No i dalej – zaczęliśmy spełniać życzenia Gosi, czyli żeby sobie tak pohasać po łące razem z motylkami :P


W międzyczasie udało się zrobić zdjęcie na górskiej polanie (bądź, co bądź – byliśmy w górach)…




…a mi fotkę na polu (jak klasyczny polski rolnik, jeszcze mitylko gumofilców brakuje….:P)






Poza tym, oczywiście ilość fotek spora – więc i tutaj nie będę żałował miejsca na przestrzeni blogerrowej...





Dodam jeszcze, że robiliśmy kontest piszczenia z trawy :P


Koniec części pierwszej :P

m.

aaa - zapomniałbym - krewetki :P

Weekend w Buczkowicach cz. II

Motyw jedzenia – czyli po powrocie z pieszych wędrówek dotarła do nas Julia – i wspólnymi pięcioosobowymi siłami rozpoczęliśmy przygotowania do kolacji – czyli grill + sałatki. A było tego sporo – bo z grilla były żeberka, chleb, trochę boczku i ziemniaki (te ostatnie w większości spalone, ale bywa i tak…). Zresztą – nie ma co komentować – sami zobaczcie proces przygotowań…




i wynik :)





A jak już pojedliśmy, to rozpoczął się festiwal kapelusza… Na początek dwa największe hardore’y…



…a potem to już z górki. Większość na nutę żołnierską…








…włącznie z motywem oddawania honorów…


…i witania po powrocie z wojny…



m.

Weekend w Buczkowicach cz. III

A na sam koniec – jak wiadomo – zdjęcia trochę jednak do ukrycia :), czyli wisienka na torcie :) kto dotarł w to miejsce, ten widzi – niemniej w oczy na pierwszej stronie się nie rzucają. Pozostawię bez komentarza :P






m.

niedziela, czerwca 15, 2008

Głos w dyskusji, czyli słów kilka o sędzim Webbie

Kolejny raz po dłuższej przerwie, ale ostatnio czasu miewam niewiele... Mam nadzieję, że niedługo (24 czerwca) się to skończy, KPA pójdzie w odstawkę a ja w końcu będę miał ze 3 tygodnie na życie :) Co prawda z pracę w tle – niemniej zawsze lepiej pożyć 4-5 h dziennie, niż nic :P

Pewien wyłom w blogu – i będę starał się nie czynić go zasadą – to mój dzisiejszy post :) Nie jestem żadnym blogiem opiniotwórczym ani żadnym innym podobnym Wprostem czy Przeglądem, niemniej tym razem pozwoliłem sobie na 3 słówka do księdza prowadzącego. A rzecz nie jest aż taka błaha – skoro zdecydowana większość narodu jest w niego zaangażowana. Osohozi?? Ano mecz Austria – Polska, brytyjski sędzia Webb, karny w doliczonym czasie gry i w rezultacie koniec marzeń o wyjściu z grupy. W internecie momentalnie pojawiło się wiele ciekawych fotoszopek z sędzią (szczególnie media markt przypadła mi do gustu), dość – mówiąc eufemistycznie – emocjonalnych komentarzy polskich kibiców i bóg wie co jeszcze. Już nie mówiąc o tym, że na naszej-klasie – w galerii nowych zdjęć znajomych są same fotoszopki sędziego, a wśród nowych użytkowników n-k osoby o imieniu „Niech wpisują się Ci, co uważają że Webb skrzywdził Polską”. Histeria narodowa na miarę nie wiem czego (łącznie z wypowiedziami prezydenta Kaczora, który na piłce zna się pewnie tak, jak jego brat na internecie i internautach z piwem) – a wszystko z powodu dwudziestu paru sekund walki i jednej (arbitralnej) decyzji sędziego. Ponoć kontrowersyjnej...

OK. – więc po kolei. Po pierwsze – sędzia jest na boisku po to, żeby decydować arbitralnie (stąd nazwa arbiter) o tym, co zaszło na boisku. Tak jak sędzia w sądzie rozstrzyga o winie (nie tym butelkowym zazwyczaj, ale winie jako zaszłości pomiędzy obiektywnymi regułami postępowania a zachowaniem osoby :P) i niewinności oskarżonego, tak sędzia na boisku rozstrzyga o winie i niewinności piłkarzy. Więc kompetencji na pewno nie przekroczył, skoro w jego opinii doszło do faulu na zawodniku drużyny atakującej na polu karnym – a zatem pokazał na 11 metr.

Po drugie – czy był tam faul? Ja tam wybitnym znawcą futbolu nie jestem, niemniej ze znanych mi zasad gry wynika, że nie wolno ciągnąć się za koszulki, przewracać, kopać etc. Bo w przeciwnej sytuacji jest faul. Co robił nasz zawodnik? Ciągnął za koszulkę, a w konsekwencji zawodnik drużyny przeciwnej się przewrócił. Może niekoniecznie wyłącznie przez końskie zaloty naszego plejera – bo z pewnością trochę – używając języka byłego męża Dody – „przyaktorzył” – niemniej nasz tamtego ciągnął. Czyli na chłopski rozum faul...

I teraz ostatni element – czyli kontrargumenty pokrzywdzonego narodu – że pokrzywdzony
Austriak nie był naszemu dłużny – bo też go wcześniej szarpał, że to już przedłużony czas gry – i nie powinno było być karnego, że to na korzyść gospodarzy – i w odwrotną stronę sędzia na pewno by nie gwizdnął, że w normalnym piłkarskim świecie nie gwizda się za takie przewinienia. I cała masa innych podobnych argumentów – które bez sensu jest tu przytaczać. Moja odpowiedź na to wszystko – no i co z tego, że nasz wcześniej też był ciągnięty za koszulkę, co z tego że gospodarze, co z tego, że czas gry przedłużony? Czy to że ciągnął słabo, to oznacza że wszystko było OK.? Czy to, że zdarzenie miało miejsce w doliczonym czasie gry powoduje deaktywację opcji sędziego „gwizdanie na faule”? Albo że powinien gwizdać tylko na korzyść gości, bo broń boże na korzyść gospodarzy? Chyba jednak taka to trochę moralność Kalego (Kali komuś ukraść krowę to dobrze, Kalemu ktoś ukraść krowę to źle). Nie ma się co oszukiwać, że brytyjski sędzia nas skrzywdził. Guzik prawda. To, że skorzystał ze swojej władzy sędziego – i w sytuacji faulu odgwizdał jedenastkę – to nie przestępstwo. Co więcej, to chyba był nawet jego obowiązek – bo on chyba był w pracy. A że prawo jest takie, jakie jest – to jeszcze nie jest powód, żeby je łamać... Chyba...

Na sam koniec jeszcze coś o pomyśle sędziego technicznego i oglądaniu sytuacji kontrowersyjnych na wideo. Już nawet nie mówię, co by to w tej sytuacji oznaczało (był faul, więc decyzja o karnym słuszna...). Tylko dwa słowa o kolejnym przypadku rzeczonej moralności Kalego... Ciekawe, ile osób podpisałoby się pod takim protestem, gdyby syttuacja była w drugą stronę. Albo nawet nie – bo to byłoby coś oczywiście niewłaściwego. Przejdźmy na grunt neutralny – a co gdyby taka sytuacja miała miejsce w meczu Niemcy – Chorwacja? Ile osób czytających ten wpis wpadłoby na pomysł podpisana się na stronie Protest2008.pl??

Pozdr.

m.

PS: no hard feelings dla osób, które się ze mną nie zgadzają. Prawdopodobnie z powodów emocjonalnych – aczkolwiek może rzeczywiście jestem w mylnym błędzie...