Ostatnio zadano mi pytanie: „dlaczego prowadzisz bloga?”. Pierwsza myśl – „bo chyba się przyzwyczaiłem i chyba lubię to”. Pytanie tylko, co lubię? No więc spora – bo do początków 2007 roku – retrospekcja, i chyba co nieco sobie uzmysłowiłem. Dobrym narzędziem do tego było ogólne przejrzenie bloga od samych początków
Na początku – jak zresztą ewentualnie będziecie w stanie to dostrzec – blog miał być platformą, w której dzieliłbym się z innymi zdjęciami z różnych wydarzeń, niekoniecznie z życia codziennego. Stąd m.in. wziął się podtytuł. Co prawda istniały jakieś serwisy typu fotka.pl, czy Picassa, gdzie można było publikować zdjęcia i udostępniać je innym – ale mi wydawały się one jakimś takim słabym opakowaniem dla zdjęć. Dla wrzucenie zdjęć do picassy czy na fotkę było czymś takim, jak wklejenie artystycznych, naprawdę dobrych czarnobiałych aktów do szesnastokartkowego zeszytu w kratkę z Kubusiem Puchatkiem na okładce. Po prostu – coś mi tu nie grało. Te wszystkie serwisy pokazowe były jakieś takie… hmm – bezsensowne.
I tak to funkcjonowało przez jakiś czas – zazwyczaj z krótszymi lub dłuższymi przerwami, aż do Paryża. W Paryżu stopniowo dokonywała się zmian – bo poza czymś dla oka zacząłem dorzucać coś dla.. nie wiem czego :P anyway – zacząłem więcej pisać – dlatego że nawet najlepsze zdjęcia (których czasem brakowało, pomimo że Gosia dwoiła się i troiła :P) nie potrafiły oddać tego, co chciałem przekazać.
Podsumowując – po kolejnym wyjeździe znudziło mnie przesyłanie każdemu chętnemu paru zdjęć i opowiadanie „jak było”. Napisałem jak było na blogu, dorzuciłem parę fot – i większości ludzi zaczynało to wystarczać :P komu nie wystarczało, ten dopytywał o poszczególne elementy wyjazdu, wrażenia, impresje, imprezy etc :) w ten sposób udało się trochę ucywilizować rozmowę o tych „a few moments”.
W chwili obecnej blog jest dodatkowo platformą łączącą sporą część moich znajomych. Ostatnie statystyki wykazały, że odwiedza go miesięcznie około 150 różnych osób. Co prawda część z nich (jakieś 20-30) to osoby, które trafiły na bloga z Google’a, gdy szukali seksu w Buczkowicach, informacji o pogodzie w Paryżu w październiku czy o koncie niejakiego Krzysztofa Reka na Goldenline :P (że o innych słowach wyszukujących nie wspomnę :)) – ale nadal ilość osób czytujących regularnie bloga (spędzających na nim co najmniej 180 sekund :) tak, takie statystyki też są dostępne – na jak długi okres czasu wchodzą poszczególne osoby).
I tak to. Dodatkowo – dokupiłem w końcu swoją własną domenę mjps.pl (zawsze chciałem mieć takową :) ot – gadżeciarz :P)– więc jest krótko, szybko i miło :) mam nadzieję :)
m.
PS: aaa - i chyba najważniejszy powód. Ostatnio coraz trudniej złapać mnie na jakąkolwiek rozmowę - i to nie tylko na rozmowę live, ale też na gg choćby. Poza tym - spora część czytelników - oglądaczy włóczy się gdzieś po świecie - więc tak przynajmniej wszyscy mają równe możliwości w updacie o mnie :)
sobota, września 20, 2008
Nie jestem aż takim totalnym debilem :)
Aaaa, i jeszcze info dla tych, którzy nie wiedzą. Pomimo drobnego kryzysu związanego ze zwątpieniem we własne zdolności intelektualne drugi egzamin w tym roku udało mi się zdać bez jakiegokolwiek problemu. 4 bez żadnych poważnych problemów – to się nazywa uczciwa ocena w stosunku do wiedzy. Nie to, co w przypadku egzaminu u czerwonoskórego…
m.
m.
czwartek, września 18, 2008
środa, września 17, 2008
Rozmowa o rzeczach podstawowych
Jak pisał poeta, „wielkość ludzi nie jest oceniana wielkością ich samych, ale ich przyjaciół”. No, to jestem wielki! :)
Erha w Wichita (że o Wielkim Londonie nie wspomnę ), Prząx najpierw w Paryżu, a teraz w Manchesterze, Gosia w Paryżu – nie dość, żem wielki, to jeszcze absolutnie światowy. A już najlepszym dowodem na moją światowość i wielkość była dzisiejsza rozmowa telefoniczna. W skrócie przebiegała tak:
- Cześć!
- Dzieńdobry!
- Słuchaj, bo jestem właśnie w Simplu i szukam Muscadora. Możesz mi pomóc i powiedzieć, w którym miejscu stoi?
- ale każdy Simpl jest inny…
- ale ja jestem w Simplu na Clichy…
- aaa – no to ostatnia alejak przed kasami – po lewej stronie
- stoję tyłem do kas, naprzeciwko mnie jest piwo – gdzie mam iść
- idź do następnego rzędu…
- no tu są wina, ale same jakieś Bordeaux, a muscadora nie ma…
- obejrzyj się do tyłu – wśród szampanów – leży koło filara po stronie napoi, po jego prawej…
- MAAAAAM, JEEEEST…
Przyznacie, że urocze ??
m.
Erha w Wichita (że o Wielkim Londonie nie wspomnę ), Prząx najpierw w Paryżu, a teraz w Manchesterze, Gosia w Paryżu – nie dość, żem wielki, to jeszcze absolutnie światowy. A już najlepszym dowodem na moją światowość i wielkość była dzisiejsza rozmowa telefoniczna. W skrócie przebiegała tak:
- Cześć!
- Dzieńdobry!
- Słuchaj, bo jestem właśnie w Simplu i szukam Muscadora. Możesz mi pomóc i powiedzieć, w którym miejscu stoi?
- ale każdy Simpl jest inny…
- ale ja jestem w Simplu na Clichy…
- aaa – no to ostatnia alejak przed kasami – po lewej stronie
- stoję tyłem do kas, naprzeciwko mnie jest piwo – gdzie mam iść
- idź do następnego rzędu…
- no tu są wina, ale same jakieś Bordeaux, a muscadora nie ma…
- obejrzyj się do tyłu – wśród szampanów – leży koło filara po stronie napoi, po jego prawej…
- MAAAAAM, JEEEEST…
Przyznacie, że urocze ??
m.
wtorek, września 16, 2008
Warszawski wielki świat
Wiedziałem, że pierwszy dzień po trzytygodniowym urlopie lekki nie będzie – ale wczorajszy dzień będzie naprawde jednym z historycznych dni. Ilość superpilnej roboty była spora – a przy tym wypadłem na 3 tygodnie z akcji – więc dodatkowo musiałem dość sporo doczytywać. Reasumując – zacząłem pracę o 9 30, skończyłem o 0 30 – z drobną przerwą na własne sprawy. A potem o 4 30 pobudka – absolutny horror. Dobrze, że udało mi się kimnąć popołudniem na pół godzinki – bo byłbym absolutnie nie do życia.
Anyway – jakoś trwam – jutro kolejny ciężki dzień pracy. Tymczasem wieczorem nastąpiło zasiedlenie nowego mieszkania firmowego. Chata absolutnie wybitna – dokładnie w stylu, który mi się podoba. A na dodatek – widok z balkonu rodem z Nowego Jorku albo Paryża wzdłuż Champs Elysees. Have a glance…


m.
Anyway – jakoś trwam – jutro kolejny ciężki dzień pracy. Tymczasem wieczorem nastąpiło zasiedlenie nowego mieszkania firmowego. Chata absolutnie wybitna – dokładnie w stylu, który mi się podoba. A na dodatek – widok z balkonu rodem z Nowego Jorku albo Paryża wzdłuż Champs Elysees. Have a glance…

m.
niedziela, września 14, 2008
Tolerancja
Czasy takie, że na każdym kroku trzeba szanować innych – niezależnie od tego, czy ma to sens, czy nie. Ochrona praw autorskich (większość wypowiedzi prasowych i telewizyjnych to bzdury), ochrona danych osobowych (tutaj to w ogóle absurd – hasło „ochrona danych osobowych” to jakieś zaklęcie obecnych czasów), ochrona praw mniejszości (które zaczynają mieć więcej praw, niż większość)…
I co czytam na Onecie jako jeden z głównych tematów w niedzielne przedpołudnie? „Sobieski bije Turków – przeżyjmy to jeszcze raz”. No tak – brak szerzenia nienawiści między narodami, tolerancja, promowanie pokoju. W tym tytule mieści się to wszystko. Może jestem staroświecki – ale tego nie toleruję.
M.
I co czytam na Onecie jako jeden z głównych tematów w niedzielne przedpołudnie? „Sobieski bije Turków – przeżyjmy to jeszcze raz”. No tak – brak szerzenia nienawiści między narodami, tolerancja, promowanie pokoju. W tym tytule mieści się to wszystko. Może jestem staroświecki – ale tego nie toleruję.
M.
sobota, września 13, 2008
Wyznanie piwosza
Przyznam się bez bicia – lubię piwo z sokiem. Może zabrzmi to pedalsko, ale redd’sa też lubię. Owszem, nie zawsze – ale czasami najdzie mnie ochota. A ostatnio zrobiłem cuś takiego, do czego ani piwo z sokiem ani redd’sy, ani jakiekolwiek inne cuda nie mogą się porównywać.
Ale zanim powiem, cóż to znowu niby wymyśliłem, mała dygresja. Jest to dla mnie prawdziwym absurdem i ciekawostką przyrodniczą – ale w obecnych czasach totalnej drożyzny żywności duże pudełko (na ok. trochę więcej niż 0.5 kg) malin kosztuje pomiędzy 3 a 5 zł. Nigdy więcej. Oczywiście świeże, pachnące, niezgniecione – po prostu cudo. Aż dziw mnie bierze, że komuś chce się te maliny
A) hodować (choć ponoć maliny nie potrzebują dużo troski)
B) zbierać
C) sprzedawać
Ja za każdym razem, kiedy musiałem zbierać na działce maliny, kląłem jak stary szewc. Bo kolce, bo maliny malutki, bo długo się je zbiera. No ale widać ktoś robi na tym biznes. A ja korzystam :)
No ale cóż to zrobiłem? Ano mając otwartego Browarka stwierdziłem, że można zrobić sobie smakowe piwo w wersji BIO. No i nadpiłem trochę cudnego tyskacza po czym wrzuciłem 6 słodkich malinek. Maliny małe – więc nawet nie musiałem ich zgniatać przy wrzucaniu ich do puszki. Małe, ale jakie słodkie (ponoć przy kobietach też się sprawdza :P). A smak piwa po dodaniu malin – absolutna rewelacja. Nie jest takie słodkie jak po piwie z sokiem, a jednocześnie smakuje sto razy bardziej naturalnie niż redd’s. Naprawdę polecam. Szczególnie, jak można po wypiciu zjeść te nasączone tyskim malinki. Absolutnie palce lizać!!!
m.
Ale zanim powiem, cóż to znowu niby wymyśliłem, mała dygresja. Jest to dla mnie prawdziwym absurdem i ciekawostką przyrodniczą – ale w obecnych czasach totalnej drożyzny żywności duże pudełko (na ok. trochę więcej niż 0.5 kg) malin kosztuje pomiędzy 3 a 5 zł. Nigdy więcej. Oczywiście świeże, pachnące, niezgniecione – po prostu cudo. Aż dziw mnie bierze, że komuś chce się te maliny
A) hodować (choć ponoć maliny nie potrzebują dużo troski)
B) zbierać
C) sprzedawać
Ja za każdym razem, kiedy musiałem zbierać na działce maliny, kląłem jak stary szewc. Bo kolce, bo maliny malutki, bo długo się je zbiera. No ale widać ktoś robi na tym biznes. A ja korzystam :)
No ale cóż to zrobiłem? Ano mając otwartego Browarka stwierdziłem, że można zrobić sobie smakowe piwo w wersji BIO. No i nadpiłem trochę cudnego tyskacza po czym wrzuciłem 6 słodkich malinek. Maliny małe – więc nawet nie musiałem ich zgniatać przy wrzucaniu ich do puszki. Małe, ale jakie słodkie (ponoć przy kobietach też się sprawdza :P). A smak piwa po dodaniu malin – absolutna rewelacja. Nie jest takie słodkie jak po piwie z sokiem, a jednocześnie smakuje sto razy bardziej naturalnie niż redd’s. Naprawdę polecam. Szczególnie, jak można po wypiciu zjeść te nasączone tyskim malinki. Absolutnie palce lizać!!!
m.
czwartek, września 11, 2008
Kolejna rocznica 9/11
Dziś 11 września, rocznica ataku na WTC. W poprzednich latach jakoś tak bardziej przejmowano się tą datą. Ale dziś jakoś nie bardzo zauważyłem poruszenie. Na Onecie dostrzegłem jedną notkę poświęconą pamiętnemu dniu. I wcale nie była na pierwszym miejscu. Na wp też była jedna. Też gdzieś raczej poboczna. Są informacje o polskich talibach, są o rozmowach z Rosją – a głównym tematem wieczoru jest chyba tulipan Maria Kaczyńska.
Nie jestem jakimś sentymentalistą i chyba daleko mi od moralizowania, jaka to ważna jest historia. Ale jednak w tym konkretnym wypadku, w tym jednym dniu w roku powinniśmy pamiętać o tym przykrym wydarzeniu. I to nie dlatego, że zginęło tyle i tyle ludzi, że to środek wielkiego nowojorskiego City czy z jakiejkolwiek innej przyczyny. Co roku w Chinach w powodziach ginie dużo więcej ludzi niż 11.09.2001 zginęło, a też nie uważam nowojorczyków za osoby od Chińczyków lepsze. Jednak ta data ma trochę inne znaczenie. Ja stawiam ją na równi z innymi bardzo ważnymi datami – koniec II wojny światowej, upadek komunizmu i koniec zimnej wojny, początek internetu. Co jest zatem aż tak istotne? Spokój i komfort psychiczny…
Po wydarzeniach z WTC i Waszyngtonu na lotniskach zaczął odbywać się dramat wejścia na pokład, w miejscach publicznych coraz częściej panuje psychoza na widok porzuconych bagaży. Może nie w Polsce, może nie w każdym miejscu – ale w tych najważniejszych. Tam, gdzie ludzie są świadomi tego, co się stało. Zamachy WTC to przecież koniec świadomości, że żyjąc w cywilizowanym świecie nic nam nie grozi. Owszem, grozi. I to nie ze strony naszej cywilizacji, ale ze strony fanatyzmu.
Możnaby wiele jeszcze napisać na ten temat, tylko po co? Wiele osób nie chce wracać pamięcią do tamtych zdarzeń. Albo dlatego, że są bolesne, albo dlatego, że ich bezpośrednio nie dotyczyły. Bezpośrednio może i nie – pośrednio na pewno wywarły wpływ na cały nasz obecny świat.
m.
Nie jestem jakimś sentymentalistą i chyba daleko mi od moralizowania, jaka to ważna jest historia. Ale jednak w tym konkretnym wypadku, w tym jednym dniu w roku powinniśmy pamiętać o tym przykrym wydarzeniu. I to nie dlatego, że zginęło tyle i tyle ludzi, że to środek wielkiego nowojorskiego City czy z jakiejkolwiek innej przyczyny. Co roku w Chinach w powodziach ginie dużo więcej ludzi niż 11.09.2001 zginęło, a też nie uważam nowojorczyków za osoby od Chińczyków lepsze. Jednak ta data ma trochę inne znaczenie. Ja stawiam ją na równi z innymi bardzo ważnymi datami – koniec II wojny światowej, upadek komunizmu i koniec zimnej wojny, początek internetu. Co jest zatem aż tak istotne? Spokój i komfort psychiczny…
Po wydarzeniach z WTC i Waszyngtonu na lotniskach zaczął odbywać się dramat wejścia na pokład, w miejscach publicznych coraz częściej panuje psychoza na widok porzuconych bagaży. Może nie w Polsce, może nie w każdym miejscu – ale w tych najważniejszych. Tam, gdzie ludzie są świadomi tego, co się stało. Zamachy WTC to przecież koniec świadomości, że żyjąc w cywilizowanym świecie nic nam nie grozi. Owszem, grozi. I to nie ze strony naszej cywilizacji, ale ze strony fanatyzmu.
Możnaby wiele jeszcze napisać na ten temat, tylko po co? Wiele osób nie chce wracać pamięcią do tamtych zdarzeń. Albo dlatego, że są bolesne, albo dlatego, że ich bezpośrednio nie dotyczyły. Bezpośrednio może i nie – pośrednio na pewno wywarły wpływ na cały nasz obecny świat.
m.
środa, września 10, 2008
Info dla wtajemniczonych - 30 pękło :D
kto wie, o co chodzi, to wie :) kto nie - to trudno, jego strata. Wszak, kto pyta - nie błądzi :)
m.
m.
Kulinarna uczta
Jako, że po raz już kolejny napomknę, że blog musi być stale zasilany dodatkowymi wpisami – bo i wtedy lepiej wypadam w Google’owym rankingu, lepiej rośnie wartość bloga w oczach reklamodawców AdSense – to i piszę :)
Dziś bez żadnych fajerwerków analitycznych – ale pochwalę się… Wyszedł mi dziś absolutnie zajebisty obiad. Tak pokrótce receptura – oczywiście wyszedł jak to w moim wypadku bywa – całkowicie spontanicznie i bez głębszego przemyślenia. No więc – z niedzieli została mi górna połowa kurczaka – czyli oględnie mówiąc – dwa jędrne cyce (choć niestety kurze - a poza tym ścięte i zimne – bo z lodówki). Wyciąłem znad klatki (kości oczywiście poobgryzałem – i wczoraj już nie musiałem dodatkowego obiadu tworzyć).

No więc – cyce pokroiłem w takie plasterki – w poprzek. Niezbyt grube – tak max 1 cm. Do tego dorobiłem sos – z tego sosu, który wytopił się z kurczaka w trakcie pieczenia (jestem barbarzyńcą – i wylałem z niego tłuszcz…), papryki, cebuli i śmietany. Wszystko razem zmiksowałem w moim przecudnym blenderze – i zalałem kurze cyce sosem. W pięknej białej brytfance tak sobie poleżały ze dwie godziny w lodówce.
na koniec mocno posypałem solą czosnkową i pieprzem ziołowym (ale tak masakrycznie mocno – aż się bałem, że za dużo) – i do piekarnika. Po 10 minutach zapiekania przykryłem plasterkami sera żółtego – i jeszcze na 20 min.
Podane z ryżem – absolutny wypas. Już dawno nie udało mi się stworzyć czegoś tak wybornego. Oczywiście chwalę się niemiłosiernie – ale nie dość, że udało mi – i pewnej niewiaście – podjeść trochę (skromnie mówiąc :P), to i przy okazji na blogu kolejny raz pojawił się wpis. I tak dwie pieczenie na jednym ogniu. Wróć – trzy pieczenie – bo oczywiście kurze cyce były z obiadu niedzielnego.
m.
PS: spieszę jeszcze pochwalić się, że od początku sierpnia na blogu było 2500 odwiedzin. Absolutnie niezły wynik :) chyba :) co prawda pewnie trochę przekłamany - bo każde wyświetlenie strony na nowo jest uznawane za nowe wejście na bloga - ale i tak - jak na bloga całkowicie prywatnego wynik jest naprawdę super :) Dzięki Wam wszystkim!
Dziś bez żadnych fajerwerków analitycznych – ale pochwalę się… Wyszedł mi dziś absolutnie zajebisty obiad. Tak pokrótce receptura – oczywiście wyszedł jak to w moim wypadku bywa – całkowicie spontanicznie i bez głębszego przemyślenia. No więc – z niedzieli została mi górna połowa kurczaka – czyli oględnie mówiąc – dwa jędrne cyce (choć niestety kurze - a poza tym ścięte i zimne – bo z lodówki). Wyciąłem znad klatki (kości oczywiście poobgryzałem – i wczoraj już nie musiałem dodatkowego obiadu tworzyć).

No więc – cyce pokroiłem w takie plasterki – w poprzek. Niezbyt grube – tak max 1 cm. Do tego dorobiłem sos – z tego sosu, który wytopił się z kurczaka w trakcie pieczenia (jestem barbarzyńcą – i wylałem z niego tłuszcz…), papryki, cebuli i śmietany. Wszystko razem zmiksowałem w moim przecudnym blenderze – i zalałem kurze cyce sosem. W pięknej białej brytfance tak sobie poleżały ze dwie godziny w lodówce.
na koniec mocno posypałem solą czosnkową i pieprzem ziołowym (ale tak masakrycznie mocno – aż się bałem, że za dużo) – i do piekarnika. Po 10 minutach zapiekania przykryłem plasterkami sera żółtego – i jeszcze na 20 min.
Podane z ryżem – absolutny wypas. Już dawno nie udało mi się stworzyć czegoś tak wybornego. Oczywiście chwalę się niemiłosiernie – ale nie dość, że udało mi – i pewnej niewiaście – podjeść trochę (skromnie mówiąc :P), to i przy okazji na blogu kolejny raz pojawił się wpis. I tak dwie pieczenie na jednym ogniu. Wróć – trzy pieczenie – bo oczywiście kurze cyce były z obiadu niedzielnego.
m.
PS: spieszę jeszcze pochwalić się, że od początku sierpnia na blogu było 2500 odwiedzin. Absolutnie niezły wynik :) chyba :) co prawda pewnie trochę przekłamany - bo każde wyświetlenie strony na nowo jest uznawane za nowe wejście na bloga - ale i tak - jak na bloga całkowicie prywatnego wynik jest naprawdę super :) Dzięki Wam wszystkim!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)